Książka o eucharystycznym ujęciu Wiary w Chrystusa. O różnych aspektach duchowości chrześcijańskiej w aspekcie Mszy Świętej. Świeża i pouczająca. Godna polecenia dla każdego, który pragnie swoją duchowość opierać o Eucharystię, czy li dla każdego katolika, który pragnie się rozwijać duchowo. Tej książki nie da się streścić, tę książkę trzeba przeczytać i przemedytować.
Kolejny ciekawy eksperyment twórczy Szostaka. Powieść ułożona z fikcyjnych tomików wierszy fikcyjnej poetki, będącej jej pierwszoosobową narratorką. Sporo nawiązań do poprzednich książek autora, zwłaszcza do oberków i trylogii krakowskiej. W tej powieści konsekwentnie unika się imion, można się więc jedynie domyślać, kto jest kim w innych powieściach.
Z tą książką wiąże się moje osobiste oświadczenie, które można zaliczyć do gatunku oświadczeń metafizycznych. Otóż czytałem tę książkę bezpośrednio po Bliskich Ernaux, zupełnym przypadkiem tak się ułożyło, zbiegły się tak akurat dwa niezależne plany moich tegorocznych lektur – szostakowski i noblowski. Tymczasem w obydwu książkach znajdujemy ten sam motyw – pierwszosobowa narratorka miała starszą siostrę, która zmarła przed jej urodzeniem i której istnienie rodzice przed nią ukrywali. Szostak oczywiście mógł znać książkę Ernaux i się inspirować (uprawdopodobnię to w jednym z kolejnych wpisów), ale ja podejmując lekturę nie wiedziałem o istnieniu takich wątków w którejkolwiek z tych książek. A więc prowadziła mnie Ręka.
Jedna z najważniejszych premier wydawniczych tego roku. Nic to, że pół wieku po wydaniu angielskiego oryginału. Wielu zarzuca tej książce i jej autorowi nierzetelność. Czynią tak sami mariawici, czynią tak też autorzy posłowia do polskiego wydania. Posunęli się nawet do nazwania tej książki paszkwilem. Jednak to nie jest paszkwil.
W pewnym tasiemcowym serialu jeden z bohaterów pisze książkę o byłej przestępczyni. Gdy zadaje jej zbyt jej zaniem natarczywe pytania, wyjaśnia, że jest dziennikarzem, a nie pisarzem i musi znać prawdę. Odwrotnie Pietrkiewicz. Nie był dziennikarzem, był pisarzem, dlatego bardziej od prawdy interesowała go opowieść. On nie był wrogiem mariawityzmu i Kowalskiego. Wręcz przeciwnie, był nimi zafascynowany. Jednak był zafascynowany nie rzeczywistym mariawityzmem i jego przywódcą, a ich obrazem, który wytworzył sobie w pisarskiej wyobraźni. Mariawici byli dla Pietrkiewicza mitem. Stali się nim przy pierwszym zetknięciu w dzieciństwie, uwiecznionym w powieści „Sznur z węzłami” i pozostali nim w dorosłości.
Z autobiografii Pietrkiewicza zatytułowanej „Na szali losu”, której autorzy posłowia najwyraźniej nie czytali, wynika, że przez większość życia poszukiwał chrześcijaństwa ezoterycznego, może nawet okultystycznego, otwartego na rytuały seksualne. Zdawało mu się, że takie właśnie chrześcijaństwo odnalazł w mariawityzmie. Z realnym mariawityzmem niewiele to miało wspólnego. Pięknie te poszukiwania obrazuje cytat z „Trzeciego Adama”: Opętanie i duchowa inicjacja to stany, które się uzupełniają, a szaleństwo może być traktowane jako zbliżenie do boskości.
Duża zaletą tej książki (wybitnie niedocenianą przez autorów epilogu) jest omówienie po pewnymi względami podobnych do mariawityzmu nurtów duchowych powstałych na obrzeżach chrześcijaństwa w ostatnich dwóch lub trzech stuleciach. Brakuje mi jednak w tym zestawieniu Grabianki i chłystów, a z obu tych źródeł biskup Kowalski niewątpliwie czerpał.
Ogólnie epilog zaniża poziom książki. Sama praca Pietrkiewicza jest natomiast bardzo dobra, pod warunkiem, że traktować się ją będzie jak literacki esej o peryferiach religii, a nie jak zapis prawdy historycznej.
I kolejna książka z mojej tegorocznej serii noblowskiej. Bardzo interesująca. Na motywach autobiograficznych. Pobudziła mnie do refleksji na temat dziejów mojej rodziny. Z tego co o nich wiem, w porównaniu z treścią książki, prowincja śląska w początkach wieku dwudziestego nie ustępowała w rozwoju cywilizacyjnym prowincji francuskiej a nawet ją w nim przewyższała,
Kolejna książka Wita Szostaka składa się na mój tegoroczny program formacyjny, który sam sobie ułożyłem. Mamy tu wszystko,co typowo szostakowskie: Odyseję, Dziady, biblijne imiona, nieistniejących bohaterów, będących cieniami innych, wiele wersji tej samej opowieści.
Na chwilę warto zatrzymać się przy imieniu i nazwisku głównego bohatera. Benedykt Ryś. Formalnie Benedykt nie jest imieniem biblijnym, czyli jest wyjątkiem w tej książce. Ma jednak swój biblijny odpowiednik – Baruch. Odpowiedznikiem imienia Benedykt jest też do pewnego stopnia własne imię autora – Dobrosław. A że ryś jet kotem, to Benedykt Ryś ma w sobie coś z Dobrosława Kota.
To najstraszniejsza, najobrzydliwsza książka, jaką w życiu czytałem. To polskie Mein Kampf, strumień czystej nienawiści. Autor nienawidzi praktycznie wszystkich: Żydów, Ukraińców, Romów, Niemców, Kościoła, szlachty, etc. Nie brakuje tu nawet wezwań do zabijania. Cieplejsze uczucia ma tylko dla Rosji i Putina. Promuje eugenikę i to realizowaną za pomocą aborcji i eutanazji, nawet przymusowej.
Na facebooku jest reklamowana taką wklejką, umieszczaną na setkach profili: Polecam wspaniałą książkę patriotyczną pt. „Prosto z mostu, czyli wywody człowieka logicznego” – Jana Kedyz-Kowalskiego. Wspaniała! Książka w druku jest w Polsce zakazana przez cenzurę, chociaż można ją jeszcze kupić w Internecie jako e-book. Jest w niej wszystko to, o czym teraz nie wolno mówić! I o Hołowni z pochodzenia Ukraińcu, o Adamie Bodnarze z pochodzenia Ukraińcu i bardzo aktywnym członku Związku Ukraińców w Polsce, który w rządzie Tuska jest nowym polskim ministrem sprawiedliwości. O innych Ukraińcach: o wiceministrze sprawiedliwości Arkadiuszu Myrsze, o Dariuszu Korneluku nowym prokuratorze krajowym, o nowym ministrze do spraw służb specjalnych Tomaszu Siemoniaku z PO, o nowym ministrze d/s UE Adamie Szłapce, o wiceministrze nauki Andrzeju Szeptyckim (bardzo aktywnym członku Związku Ukraińców w Polsce i potomku metropolity Andreja Szeptyckiego, ukraińskiego faszysty, który był pośrednio odpowiedzialny za ludobójstwo Polaków na Wołyniu), o pośle Piotrze Kandybie, o przewodniczącym sejmowej komisji spraw zagranicznych i pełnomocniku ds odbudowy Ukrainy Pawle Kowalu, o Zbigniewie Kuźmiuku z PiS, o posłance Oldze Semeniuk, o obecnym wicemarszałku Sejmu Włodzimierzu Czarzastym, o wicepremierze i ministrze obrony oraz przyszłym marszałku Sejmu Kosiniak-Kamyszu. Oni wszyscy to Ukraińcy! O ukraińskich korzeniach tych dwóch ostatnich, niewiele osób do tej pory wiedziało. Obecnie Polską rządzi Niemiec z pomocą trzech Ukraińców (Tusk + Hołownia, Kosiniak-Kamysz, Czarzasty) i ich kolegów, także Ukraińców! W książce jest też o obu Kaczyńskich, o Donaldzie Tusku – agencie Stasi i obecnego niemieckiego wywiadu o pseudonimie „Oscar”, o Mateuszu Morawieckim – kolejnym agencie niemieckiego wywiadu o pseudonimie „Jacob”, o Wałęsie agencie SB który w 1989 roku wziął 1 mln dolarów (prawdopodobnie) od CIA za film, który nigdy nie powstał, o byłym prezydencie Polski – Aleksandrze Kwaśniewskim (jego ojciec to kat z UB mordujący polskich patriotów), o zabójstwie Leppera. I o wszystkich aferach III RP, o emigrantach, o Covid-19 i rozkradaniu naszego majątku. O polskich zdrajcach, oszustach i złodziejach. Wszystko doskonale opisane. To wszystko jest ważne, żeby zobaczyć, że władze PO, PiS i pozostałych partii, to jedna wielka banda zdrajców, która nie robi sobie nawzajem krzywdy a tylko celowo skłóca ze sobą Polaków wyznając zasadę „dziel i rządź!”. Zresztą – za utworzeniem całej lewicy (a głównie PO) ale także PiS w Polsce, oraz ich obecną kontrolą stoją ci sami mocodawcy – Niemcy, Żydzi, Amerykanie. Tylko kilka dowodów na to: wspólne obchody Chanuki w Sejmie, jednomyślne potępienie czynu Brauna, jednomyślne przekazanie 100 mln zł na remont cmentarza żydowskiego w Warszawie, jednomyślne wyłożenie ponad 250 mld zł na Ukrainę, jednomyślna zgoda na celowe osiedlenie w Polsce kilku milionów Ukraińców, niedawne jednomyślnie przekazanie Ukraińcom kolejnych 6,2 mld zł, wspólne zniszczenie polskich stoczni, rybołówstwa, górnictwa a teraz niszczenie rolnictwa albo to, że Tusk i Morawiecki rządzą mimo, że wszystkie partie wiedzą, iż są niemieckimi agentami. Nie zdziwcie się gdy cała lewica z KO na czele, wspólnie z PiS jednogłośnie zagłosują za prawami wyborczymi dla Ukraińców a także jednogłośnie wyślą polskich żołnierzy – naszych synów do walki za Ukrainę. Autentycznie uważam, że każdy polski patriota powinien przeczytać tę pozycję, która totalnie odkłamuje obecną wersję historii Polski. Jest to BIBLIA POLSKIEGO PATRIOTY! Trzeba też reklamować ją wśród swoich znajomych po to, aby jak najwięcej Polaków ją przeczytało – zanim zostanie w Polsce całkowicie zakazana. Książka jest jeszcze do kupienia jako e-book np. w księgarni muve.pl
A o to kilka cytatów z tej „Biblii polskiego patrioty”:
Humanitaryzm i chrześcijaństwo są największymi wrogami gatunku ludzkiego.
Kolejna zaleta — pandemia COVID-19 umożliwiłaby społeczeństwu oczyszczenie się z osób nieproduktywnych, przewlekle chorych, które tylko generują koszty społeczne związane z ich leczeniem. Wiem, że brzmi to strasznie ale taka jest logika życia. Tak, czy siak — wcześniej, czy później — każdy z nas, kiedyś musi umrzeć.
Jest przerażające, jak ogromne kwoty marnuje co roku państwo na przedsięwzięcia, które są beczką bez dna i nie przynoszą żadnych, dosłownie żadnych korzyści. Na przykład, co roku wydaje się ponad 3 mld zł na utrzymanie zakonów i kościołów różnych religii, Wydaje około 2 mld zł na pomoc społeczną dla marginesu społecznego, meneli i innych nierobów. Około 1,5 mld zł na finansowanie szpitali psychiatrycznych i oddziałów psychiatrycznych. Blisko 2 mld zł na utrzymywanie i leczenie osób nieuleczalnie chorych, na różne rzadkie choroby. Około 4 mld zł na całą służbę więzienną (więźniowie powinni ciężko pracować, aby zwrócić koszty całego systemu). Są to miliardy złotych, rok w rok wyrzucane w błoto.
Jan Kedyz-Kowalski to prawie na pewno pseudonim. Sądzę, że ukrywa się za nim człowiek, którego nazwisko jest akronimem słowa Kedyz, a który wcześniej pisał treściowo i stylistycznie podobne książki („Moja Polska” i „Moja Polska 2”). Przypuszczam, że analiza stylograficzna wykazałaby tożsamość autora tych trzech dzieł.
Ossendowski to pisarz obecnie mało znany, ale wśród tych, którzy go znają budzący skrajne emocje. Uwielbiany przez część środowisk patriotycznych, krytykowany przez liberalną lewicę. Postanowiłem więc zapoznać się w jakimś stopniu z jego twórczością, aby wyrobić sobie własne zdanie.
Zacząłem od „Lenina”, bo był dostępny w audiobooku na Legimi. Jest to doskonały esej, który kiepsko udaje powieść. Analizy dotyczące samego Lenina, Rosji i komunizmu świetne i trafne. Wątki fabularne drętwe, kulawe i naciągane jak w telenoweli. Takie przedwojenne „Na Wspólnej”. Wszystko, co prawdopodobne i nieprawdopodobne musi przydarzyć się głównemu bohaterowi. Pomylone nazwiska i daty. Jerzy Gapon staje się Grzegorzem, a komunista Malinowski ginie kilka miesięcy wcześniej niż w rzeczywistości.
A gdy nagle pojawia się nowa młoda dziewczyna, jest prawie pewne, że za kilka stron zostanie zabita. Ten schemat powtórzył się chyba pięć razy. Taki jest poziom tej literatury.
Bez erotyki nie ma literatury. Podobnie zresztą jak bez duchowości. Czasami te dwie łączą się w jedno, ale to inna historia, na kiedy indziej. Skoro książek o duchowości, religii, metafizyce i takich tam czytam i omawiam od kilku do kilkunastu rocznie, to i stricte erotyczną książkę wypada przynajmniej raz w roku omówić. Wnikliwym czytelnikom mojego bloga (o ile są tacy) należy się wyjaśnienie, że właśnie niniejsza książka była tą, o której poszukiwaniach na straganie wspomniałem w poprzednim wpisie.
To książka niejednolita i nierówna. Składa się z ośmiu niezależnych tekstów. Jednej minipowieści i siedmiu krótszych form – opowiadań i nowel. Nie będę rozstrzygał. które są opowiadaniami, a które nowelami (poza jednym wyjątkiem), bo nie jestem polonistą.
Cztery utwory (a może pięć, nie mam pewności co do jednego) poruszają tematykę śląską (i górno i dolno). Można więc zaliczyć Kuczoka do pisarzy śląskich, może nie tak arcyśląskich jak Twardoch, ale co najmniej równie śląskich jak Olga Tokarczuk, która niewątpliwie jest pisarką dolnośląską. Cztery teksty poruszają tematykę niemiecką. Część wspólna wynosi trzy.
Większość utworów bardzo dobrych, w tym chyba wszystkie niemieckie i śląskie. Najlepsza, wręcz genialna jest krótka nowelka z Hitlerem na drugim planie. Słabsze natomiast są otwierająca zbiór minipowieść o rosyjskiej pisarce i zamykające go opowiadanie o kazirodczym związku brata i siostry.
Są w tym zbiorku też drobne wzmianki religijne. Warto je wyszukać, bo są smakowite i co ciekawe, pojawiają się również w tych słabszych utworach, ratując je poniekąd.
Od jakiegoś czasu, gdy jestem nad polskim morzem, kupuję na tamtejszych straganach nieoczywiste książki, które wpadną mi w łapki. Z reguły muszę poszperać, bo te które mnie interesują, rzadko leżą na wierzchu. Tę znalazłem przypadkiem, szukając innej, która wpadła mi w oko dzień wcześniej, ale nie od razu zdecydowałem się na zakup.
Zaplanowałem sobie na ten rok przeczytanie co najmniej dwunastu książek napisanych przez co najmniej siedmiu noblistów, na szczęście jednak nie zaplanowałem, jakie konkretnie będą to książki, Dlatego mogę czerpać przyjemność z zaskoczenia lekturą.
Joségo Saramago większość krytyków nie zalicza do noblistów wybitnych, niektórzy nawet stawiają go obok Dario Fo jako przykład degradacji Literackiej Nagrody Nobla, ja jednak, po lekturze dwóch jego książek, lubię go i cenię.
Uważam go przede wszystkim za wnikliwego obserwatora rzeczywistości. Daje się to zauważyć zarówno w Mieście ślepców, jak i w Małym pamiętniku, choć są to książki zupełnie różne zarówno pod względem gatunku, jak i tematyki. W tej drugiej książce dzięki owej uważności autor potrafi w sposób niezwykły opisać rzeczy zwykłe, nadać urok rzeczywistości, która dla przeciętnego jej j uczestnika mogła wydać się szara i zwyczajna, a pod piórem pisarza nabiera niezwykłych kolorów.
Jeszcze słówko o treści. Nie zaskoczyło mnie to, że Saramago pochodził z biednej rodziny. Wielu pisarzy pochodzi z biednych rodzin. Dużo bardziej zaskakujący jest fakt, że pochodził z rodziny bardzo słabo wykształconej, w której mało kto umiał czytać i pisać, a książek w domu prawie nie było. To już jest rzadkość, aby literat nie wychowywał się na literaturze od dziecka. A jednak, jak widać, się zdarza.