Humanistyka z marketowego koszyka – Klub czytanej książki

 

Dotąd w cyklu „Humanistyka z marketowego koszyka” omawiałem jedynie tradycyjne książki papierowe, co w dzisiejszych czasach jest znacznym i nieuprawnionym zawężeniem tematu. Dlatego też dziś napiszę o wygrzebanych z marketowych koszy audiobookach. W Kauflandzie, na galerii którego mieści się apteka aktualnie moją skromną osobę zatrudniająca, pojawiły się niedawno  audiobooki z serii Klub Czytanej Książki, wydanej przez Agencję Artystyczną MTJ. Z agencją tą zetknąłem już w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to wydawała między innymi  niszowe kasety z pogranicza folku. Już wtedy było widać, że jest to firma skłonna do podejmowania się wartościowych, ale ryzykownych przedsięwzięć. Tak jest i tym razem. Kiedy wspomniane audiobooki pojawiły się w „moim” Kauflandzie, były wystawione do sprzedaży po dwadzieścia złotych za sztukę. Cieszyły się jednakowoż dosyć marną popularnością, toteż wkrótce zostały przecenione, najpierw do piętnastu, potem do dziesięciu, a w końcu do pięciu. W tejże właśnie cenie nabyłem kilka sztuk: „Karierę Nikodema Dyzmy”, „Pana Wołodyjowskiego”, „Faraona”, „Pożegnanie jesieni” i „Iliadę”. Wszystkie są tym, czym audiobooki być powinny, czyli kompletnymi, pełnymi wersjami książek odczytanymi przez jednego, kompetentnego aktora, a nie skróconymi słuchowiskami ubarwionymi muzyką, efektami dźwiękowymi i dialogami w wykonaniu kilku aktorów, które skrytykowałem w artykule „Audiobooki, czy słuchowiska?”. Dzięki swojej kompletności, audiobooki z omawianej serii dostarczają nie tylko rozrywki, ale także konkretnej wiedzy literackiej, mogą więc z powodzeniem służyć uczniom, studentom i badaczom.

Podróż niejedno ma imię

 

W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia weszła na ekrany polskich kin długo oczekiwana  trzecia część ekranizacji Opowieści z Narnii, czyli Podróż „Wędrowca do świtu”. Ekranizacja ta wzbudza pewne kontrowersje, przedewszystkiem dlatego, że jest w małym stopniu wierna, przynajmniej w warstwie fabularnej, książkowemu oryginałowi. Żeby trafnie ocenić ten film, podobnie zresztą jak i którąkolwiek z ekranizacyj cyklu narnijskiego, trzeba wziąć pod uwagę zarówno przygodową fabułę, jak i ideową treść prozy C.S. Lewisa.

 

Jeśli chodzi o fabułę, to istotnie, rozbieżności z książką są daleko idące. Nie chodzi mi o zmiany kolejności epizodów, pominięcie niektórych, czy zmiany szczegółów. Najistotniejsze jest wprowadzenie dwóch kluczowych motywów u Lewisa nie występujących. Pierwszym z nich, najczęściej zresztą krytykowanym przez recenzentów, jest motyw zielonej mgły, będącej uosobieniem Zła. Nie do końca wiadomo, czym te mgła jest. Moim zdaniem ta nieokreśloność jest wielką zaletą tego pomysłu. Pozwala to na ukazanie, że Zło ma wiele twarzy. Te twarze jedna po drugiej ukazują się widzowi, dzięki mgle tworząc dość spójną całość. Wprowadzenie mgły dało fabule nowy wymiar. To już nie tylko podróż do mistycznego celu, jak w książce, choć oczywiście motyw podróży i w filmie jest dominujący, ale także aktywna walka Dobra ze Złem, walka odbywająca się nie tylko w świecie zewnętrznym, ale przede wszystkim w duszach bohaterów. Owszem może nie potrzebnie wprowadzono zbyt dużo grozy, ale ma to też dobre strony, gdyż uwydatnia motyw walki. Drugim nowym elementem, zaczerpniętym, jak się zdaje z legend arturiańskich, jest motyw siedmiu mieczy, będących darem Aslana, które trzeba położyć na stole, na którym On niegdyś zginął, aby pokonać mgłę. Również ten motyw uważam za udany, gdyż podkreśla znaczenie Ofiary i łączy z wymiarem transcendentnym. Ukazuje, że człowiek nie może pokonać Zła o własnych siłach.

 

Jeśli chodzi o ideową treść, to w książce składają się na nią dwa przekazy – chrześcijański i konserwatywny. Jeśli chodzi o przekaz chrześcijański, to i w filmie jest on niezwykle wyraźny. Przedewszystkiem jest zachowana w znacznej części kluczowa scena finałowa, w której Aslan mówi, że i w naszym świecie jest obecny, choć pod innym imieniem. Bardzo wyraźnie, może nawet wyraźniej niż w książce jest ukazana wewnętrzna, duchowa walka bohaterów, walka z własnymi słabościami i namiętnościami, ich praca nad sobą. Jak już wspomniałem wyżej, w książce dominował aspekt duchowej podróży, w filmie dodano mu równie ważny aspekt walki. Wcale nie osłabia to chrześcijańskiego przekazu dzieła, a wręcz przeciwnie, wzmacnia go. Kościół na ziemi jest przecież nie tylko Kościołem Pielgrzymującym, ale także, a nawet przedewszystkiem Kościołem Walczącym. Jednego mi tylko brakuje w kwestii religijnego przesłania filmu, a mianowicie jasnego podkreślenia, że magia nie jest dla ludzi ( a idea ta jest u Lewisa równie wyraźna, jak u Tolkiena). Z filmu w żaden sposób nie wynika, ze dobry mag Koriakin nie jest człowiekiem, a upadłą gwiazdą.

 

Nie ma natomiast w filmie przekazu konserwatywnego. Książkowy Eustachy przed swoją metamorfozą jest nieznośny, wskutek nowoczesnego wychowania: BYŁ RAZ PEWIEN CHŁOPIEC, który nazywał się Eusta­chy Klarencjusz Scrubb, i trzeba powiedzieć, że raczej na to zasługiwał. Rodzice mówili na niego „Eustachy Klarencjusz”, a nauczyciele „Scrubb”. Trudno mi po­wiedzieć, jak go nazywali przyjaciele, ponieważ takich nie miał. Kiedy zwracał się do matki lub ojca, nie mówił „matko” lub „ojcze”, ale „Haroldzie” i „Alberto”. Byli to ludzie bardzo nowocześni i postępowi. Nie jadali mięsa, nie palili tytoniu i nie pili alkoholu, nosili też specjalną, higieniczną bieliznę. W ich domu było bardzo mało mebli, na łóżkach niewiele pościeli, a ok­na były zawsze otwarte. Eustachy Klarencjusz lubił zwierzęta, zwłaszcza żu­ki, jeśli były martwe i przybite szpilkami do kartonu. Lubił książki, jeśli tylko były pełne tak zwanych in­formacji oraz zdjęć nowoczesnych zbiorników na zboże albo tłustych, zagranicznych dzieci uczących się we wzor­cowych szkołach. W filmie Eustachy jest nieznośny nie wiadomo dlaczego. Wbrew książce swego ojca nazywa on ojcem, a nie Haroldem. Wykreślono ze scenariusza wszystkie jego postępowe wypowiedzi, republikańskie deklaracje, zaczerpnięte od matki feministyczne hasła i w ogóle wszystko, co mogłoby sugerować, że źle rozumiany postęp jest przyczyną wielu nieszczęść. Na przykład świetny aforyzm Kaspiana, który na pytanie gubernatora Gumpasa: Czy wasza królewska mość nie wie, co to jest postęp, co to jest rozwój? odrzekł: Widziałem coś takiego w zwykłym jajku W Narnii mówimy po pro­stu, że jajko się zepsuło.

 

Oczywiście żal mi tej apoteozy konserwatyzmu zawartej w książce, ale jestem przekonany, że twórcy filmu postąpili rozsądnie nie decydując się na jej przeniesienie na ekran. W dzisiejszych czasach film potępiający postępowość by nie przeszedł. Dzięki złagodzeniu jego wymowy w zakresie konserwatyzmu udało się zachować całość przesłania chrześcijańskiego, a to jest o wiele ważniejsze. Cieszę się też z tego, że data polskiej premiery filmu została ustalona na Boże Narodzenie. To, że do gruntu chrześcijański film wchodzi na ekrany w dniu wielkiego chrześcijańskiego święta ma swoją bardzo pozytywną wymowę.

Ekomarksistowska pseudobajka

Praktycznie wszystkie współczesne produkcje filmowe przeznaczone dla najmłodszych widzów, oprócz mniej lub bardziej rozbudowanej fabuły, mają też jakieś, również mniej, lub bardziej skomplikowane, przesłanie ideowe. Nie ma w tym nic dziwnego, jest to bowiem realizacja jak najbardziej słusznego założenia, że bajki mają nie tylko bawić, ale także uczyć. Nie jest to też nic nowego, bo klasyczne bajki też zazwyczaj miały morał, a przesłania ideowe współczesnych animacyj są niczym innym, jak rozbudowanym morałem.

 

Realizacja najbardziej nawet słusznych założeń może jednak przybierać różne formy, niektóre godne pochwały, inne wręcz fatalne. W ciągu ostatnich kilku lat obejrzałem kilkadziesiąt, a może nawet ponad sto pełnometrażowych filmów dla dzieci. Na podstawie własnego doświadczenia mogę podzielić ich przesłania ideowe na trzy grupy. Pierwszą i to wbrew pozorom nie tak małą grupą są filmy, których przesłanie opiera się w mniejszym lub większym stopniu na światopoglądzie chrześcijańskim. Są to to nie tylko filmy z serii „Opowieści z Narnii” i podobne do nich produkcje, ale też cały szereg historyj o nawróceniu, diametralnej przemianie czarnego charakteru w bohatera pozytywnego. Można tu wspomnieć na przykład o takich, całkiem świeżych produkcjach, jak „Jak ukraść księżyc”, czy „Megamocny”. Oczywiście te filmy, jeśli tylko są przyzwoicie zrobione pod względem artystycznym, a najczęściej są, uważam za ze wszech miar godne polecenia. Drugą, chyba najliczniejszą grupa są bajki oparte na wyrosłym z amerykańskiego mitu założycielskiego schemacie „od zera do bohatera”. Tu można wymienić takie filmy jak „Kurczak Mały”, czy „Kung Fu Panda”. One również, w wielu przypadkach, zasługują na pochwałę, zwłaszcza, że często, oprócz przesłania podstawowego kładą nacisk także na inne pozytywne wartości, na przykład na rolę więzi rodzinnych. Jest jednak i trzecia grupa dziecięcych animacyj, ta, której przesłanie ideowe jest skierowane przeciwko tradycyjnej cywilizacji zachodniej opartej na fundamencie wartości chrześcijańskich. Oczywiście bajki otwarcie antychrześcijańskie pojawiają się bardzo rzadko, wręcz śladowo, ideologowie tego nurtu zdają sobie bowiem sprawę z tego, że działania z otwartą przyłbica miałyby praktycznie zerową skuteczność. Dlatego wybierają metody bardziej wyrafinowane. Nawet wtedy, gdy ekranizuje się literaturę dziecięcą, czy młodzieżową otwarcie antyklerykalną, jak na przykład osławiony „Złoty kompas”, w filmie watki antyreligijne są zdecydowanie przytłumione. Najczęściej jest tak, że filmy dziecięce z przesłaniem skierowanym przeciwko tradycyjnym systemom wartości, zakładają maskę ekologii.

 

Tak właśnie jest w przypadku ubiegłorocznej niemieckiej animacji „Safari”(„Konferenz der Tiere”), która swoją polska premierę miała 14 stycznia bieżącego roku. Fabuła nawiązuje do hitowych produkcyj ostatnich lat, w szczególności zaś do „Króla Lwa”. Jednak akcja ma w tym filmie wyraźnie drugorzędne znaczenie. Zazwyczaj w animacjach jest tak, że ich wymowa propagandowa jest zawoalowana, pozostając w cieniu przygodowej fabuły. W tym filmie żadnej woalki nie ma. Fabuła jest tu zredukowana. Film nie ma żadnego głównego bohatera, bo głównym bohaterem jest tu całość zwierzęcej zbiorowości solidarnie walczącej z człowiekiem i jego cywilizacją. Ludzie są tutaj prawie wyłącznie bohaterami negatywnymi. Jedynym wyjątkiem jest Maja, córka właściciela hotelu, dziewczynka wyglądająca jak chłopiec. Jej ojciec należy do najbardziej czarnych charakterów. Ludzie są w tym filmie winowajcami wszystkich nieszczęść świata. Tamy na rzekach stawiają wyłącznie po to, żeby budować przy nich luksusowe hotele. Katastrofy tankowców są spowodowane wyłącznie przez pijaństwo marynarzy. Niedźwiedzie polarne muszą uciekać z Arktyki, topniejącej wskutek wywołanego wyłącznie przez człowieka globalnego ocieplenia. Pozytywnymi bohaterami tego filmu są jedynie zwierzęta i wśród nich z kolei jednoznacznie czarnych charakterów nie ma. Wszystko jest więc, jak widać, czarno-białe. Głównym wątkiem akcji jest skierowana przeciwko ludziom rewolucja zwierząt. Co ciekawe, rewolucja ta nie ma nawet jednego wodza, który mógłby być autorytetem dla tej społeczności, ale jest kierowana niejako kolektywnie. Przywódcą militarnym jest galijski kogut, którego wypowiedzi i zachowania pełne są aluzyj do rewolucji francuskiej, politycznym słonica, tytułowana prezydentem doliny, a religijnym stara żółwica. Ona jest głównym ideologiem rewolucji. Tuż przed jej wybuchem wygłasza płomienne kazanie, zawierające takie zdania: „Spotkaliśmy wiele ludzkich istot. Wszystkie kradły, mordowały i niszczyły wszystko. (…) Człowiek jest złodziejem, który zabiera Ziemi to, co chce.” Po wygłoszeniu tego kazania umiera. Jej śmierć jest ukazana jako religijna ofiara. W zasadzie należałoby ten motyw uznać za drwinę z Ofiary Chrystusa. Od tego momentu nie ma już najmniejszej wątpliwości, że jest to film antychrześcijański.

 

Rewolucja kończy się powodzeniem. Zwierzęta burzą tamę i zbudowany przy niej hotel, przywracając swojej dolinie zabraną przez ludzi wodę, następnie zaś dokonują udanego szturmu na Nowy Jork. Film najwyraźniej ma za zadanie wpoić dzieciom przekonanie, że człowiek i jego cywilizacja są źródłami wszelkiego zła, zaś zwierzęta uosobieniem cnót wszelakich. „Bajka” ta jest w istocie dziełem marksistowskim, czy też raczej postmarksistowskim, ukazuje bowiem wydumaną przez niemiecko-żydowskiego filozofa walkę klas w nowych szatach walki gatunków i walki płci. Nie bez znaczenia jest też bowiem lansowana w tym filmie teza, że przewodzić społeczeństwu powinny kobiety, ale koniecznie takie, które odrzuciły swoją kobiecość. Wzorcami takich kobiet są tu schłopaczona dziewczyna, nieposiadająca rodziny słonica i stara, ale bezdzietna żółwica. Widoczne jest tu odzwierciedlenie starodawnego archetypu potrójnej Kobiety: dziewicy, matki i staruchy, ale odzwierciedlenie wypaczone, bo zupełnie oderwane od aspektu płodności, który był tego archetypu istotą. Niestety, trzeba jasno stwierdzić, że bajki tego typu są dla dzieci szkodliwe. Po raz kolejny okazuje się, że komercjalizacja i trywializacja kina amerykańskiego są zdecydowanie mniejszym złem od kompletnego zlewaczenia kinematografii europejskiej. Jedynym pozytywem tego filmu jest muzyka, nawiązująca do tradycji piosenki francuskiej, ale jest to pozytyw raczej dla rodziców niż dla dzieci, zwłaszcza, że piosenki te nie są tłumaczone i są śpiewane po francusku i angielsku.

Pelikan Jest Nawalony

PJN

Ponad dwa lata temu napisałem tekst o złośliwych rozwinięciach skrótów nazw partyj politycznych. Najwięcej uwagi poświęciłem Prawu i Sprawiedliwości, bo po pierwsze to właśnie ten skrót w owym czasie najczęściej złośliwie interpretowano, po drugie zaś akurat PiS pasował mi do żartobliwego konceptu, na którym oparłem ów tekst. Zarzucano mi wtedy stronniczość objawiającą się szczególnie pominięciem w Moich wyliczeniach Platformy Obywatelskiej. Wszystko jednak ma swój czas pod niebem, jak powiada Eklezjasta, i na wszystkie rzeczy przychodzi odpowiednia godzina. Po prostu wtedy nie nadeszła jeszcze pora dogodna pora na omówienie złośliwych rozwinięć skrótu PO nie było jeszcze podówczas zbyt wiele. Rozkwit internetowej (bo areną dla tych złośliwości jest dziś prawie wyłącznie internet) twórczości poświęconej tej partii miał miejsce w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Mniej jednak skupiła się na „rozszyfrowywaniu tego skrótu”, bardziej zaś na przekręcaniu nazwisk czołowych polityków tego ugrupowania. A jeśli chodzi o samo rozwijanie skrótów, to właśnie przy PO pojawiło się nowe zjawisko, które można określić jako rozwijanie seryjne. Oto przykład tego rodzaju twórczości, pochodzący z forum portalu gazeta.pl:

„PO – Partia Oszustów
PO – Pieprzymy Obietnice
POPO – Pełny Orgazm Prowokując Opozycję”

Takie serie w odniesieniu do Platformy Obywatelskiej pojawiają się na internetowych forach od czasu do czasu, jednak z prawdziwym ich wysypem mamy do czynienia w związku z ugrupowaniem Polska Jest Najważniejsza. Impułsem do eksplowji tej twórczości był, jak się zdaje, happening dwóch poselskich asystentów z PiSu, którzy, wszedłszy w przebraniu na konferencję PJN, zaprezentowali napis o treści „Palikot Jest Najważniejszy”. Wtedy się zaczęło. Internet został dosłownie zasypany seriami dowcipnych a przy tem złośliwych rozwinięć. Kulminacja zjawiska nastąpiła, gdy ruch ogłosił, że szuka nowej nazwy. Wtedy posypały się „propozycje”. Oto przygarść przykładów, zaczerpniętych z forum dyskusyjnego portalu gazeta.pl:

„PJN? – Parlament Jak Najbardziej, więc Pleciemy Jak Najęci. Program Jest Niepotrzebny, bo Puścimy Jakiegoś Newsa. Pójdziemy Jęczeć Narzekać, Pustosłowie Jako Narzędzie, bo Piszczą Jak Nadajemy. To PR Jest Najważniejszy, bo Pamięć Już Niepotrzebna, bo Przyjemnie Jest Niszczyć. Prawda Jest Niewygodna, więc Plujemy Jak Nigdy. Planujemy Jednoczyć Naiwnych, choć Platforma Jakoś Nęci, to Partia Jakości Nitrasa. Polityczny Język Nienawiści, Przygoda Jakoś Niesmaczna, Posłowie Jacyś Nieswoi, lecz Portmonetka Jest Najważniejsza. Patrzcie Jaka Narracja! Pinokio Jak Nowy, Pierwsza Jaskółka Niczego. Patrzcie Jak Nikniemy, Porażka Jako Natchnienie. Pojedziemy Jedną Nyską, Pomyślmy… Jezu…Nic!”

 

„Pomidorówka jest Najważniejsza

Platforma jest Najwazniejsza

pódelek jest najfajniejży”

 

„Polać Jemu Następnego 😛

Prawie Jesteśmy Najsprawiedliwsi

Potyczki Joanny Niegrzecznej

Partia jak Niewypał

Pis Jeszcze Niszczyć

Przyszłość Jest Niewiadomą

Potem Jakoś Nazwiemy „

 

„Pięć Jurnych Noblistek (wersja perspektywiczna)

Piękno Jeszcze Nienapoczęte (wersja obiecująca)

Powab Jesiennego Nieboszczyka (wersja pesymistyczna)

Pierwotniaki Jedzące Nietoperze (wersja z wczoraj, niechcący niechętna)

Poczekaj, Jeszcze Nie (wersja dla niecierpliwych)

Popołudniami Jestem Nienasycona (wersja, po prostu wersja)”

 

„PJN – Piwo Jest Najważniejsze

PJN – Popaprańcy Jareczka Najśmieszniejsi

PJN – Pieprzenie Jest Najważniejsze

PJN – Pani Jakubiak Najśmieszniejsza

PJN – Patrzcie Jacy Nadęci”

 

Tym razem zjawisko nie ograniczyło się do internetu. Tego rodzaju wyliczankami zaczęła się bawić również prasa drukowana. Całą stronę poświęciło dla przykładu na tego rodzaju twórczość satyryczne pismo „Pinezki”. Wygląda więc na to, że tego rodzaju złośliwe rozwinięcia partyjnych skrótów, w tym także seryjne, na stałe weszły do repertuaru politycznego folkloru w naszym kraju.

Konkurs na Blog Roku 2010

Na początku chciałbym podziękować wszystkim, którzy przyłączyli się do moich działań mających na celu godne uczczenie zmarłego w listopadzie ubiegłego roku Henryka Mikołaja Góreckiego. Akcja ta co prawda nie zakończyła się powodzeniem, ale też nie można o niej mówić jako o kompletnej klęsce. Po pierwsze, została zauważona, pisały o niej rybnickie „Nowiny”. Po drugie, przeprowadzając ją zdobyłem konieczne doświadczenie, co pozwoli mi kolejne tego rodzaju akcje w przyszłości przeprowadzać sprawniej.  Dzisiaj znowu ośmielam się zwrócić do Was z prośbą, tyle, że dotyczącą nie dobra publicznego, jak wtedy, a czystej prywaty. Jak zapewne większość z Was wie, prowadzę dość sporo blogów. W tym roku postanowiłem zgłosić jeden z nich, a mianowicie „Prawdziwe Boże Narodzenie„, poświęcony religijnemu przeżywaniu Świąt Bożego Narodzenia, do konkursu na Blog Roku 2010. Niektórzy z Was pomagali mi już w podobnej sprawie trzy lata temu, kiedy to zgłosiłem blog „Kultura Okiem Svetomira”. Jeszcze raz bardzo dziękuję tym wszystkim, którzy na mnie zagłosowali.  Podówczas zająłem szesnaste miejsce w swojej  kategorii, co uważam za całkiem niezły wynik. Mam jednak nadzieję, że w tym roku uda mi się go poprawić. Bardzo więc proszę wszystkich, którzy zechcą mi pomóc, o głosowanie na moją propozycję. Oczywiście zachęcam też Was wszystkich do lektury moich blogów.  Podsumowując: Mój blog „Prawdziwe Boże Narodzenie” startuje w konkursie na Blog Roku 2010 w kategorii Kultura. Można nań głosować wysyłając SMS o treści E00166 na numer 7122. KosztSMSa to 1,23 zł  z VATem. Głosować można tylko do południa dnia 20 stycznia.

Czy Krzysztof Kolumb był Polakiem?

kolumb

Na przełomie listopada i grudnia bieżącego roku w polskich mediach pojawiły się informacje o portugalskim profesorze Manuelu Rosie z Uniwersytetu Duke w USA i ogłoszonej niedawno przez niego ciekawej teorii na temat pochodzenia Krzysztofa Kolumba. Zgodnie z nią, oficjalny odkrywca Ameryki miał polskie pochodzenie, a konkretnie był synem króla polskiego i węgierskiego Władysława Warneńczyka. Teoria owa opiera się na krążącym już w średniowieczu podaniu, zgodnie z którym król ów nie poniósł śmierci w bitwie, od której wziął się jego pośmiertny przydomek, ale opuścił jej pole nierozpoznany i udał się do Hiszpanii bądź Portugalii, gdzie prowadził życie prostego człeka, według niektórych wersyj – pustelnika. Opierało się owo podanie na dwóch przesłankach.

Po pierwsze – po bitwie nie znaleziono ciała króla. Po drugie – królewska głowa prezentowana przez Turków była zupełnie niepodobna do głowy żywego Władysława. Inne były rysy twarzy, inny kolor włosów. Tłumaczono to niepodobieństwo zabiegami konserwacyjnymi, ale bynajmniej nie wszystkich przekonano. Hipoteza o polskim pochodzeniu Kolumba też nie jest całkiem nowa. Jej półpubliczne sformułowanie przydarzyło się również mojej skromnej osobie, kiedy to w pracy pisemnej na miejskim etapie olimpiady historycznej w roku szkolnym 1991/1992, zasugerowałem, że Krzysztof Kolumb i Jan z Kolna, półlegendarny żeglarz w służbie duńskiej, który miał dopłynąć do wybrzeży Labradoru kilka lat przed dotarciem Hiszpanów do Nowego Świata, to jedna i ta sama osoba. Jednocześnie przyjąłem za Joachimem Lelewelem, że ten drugi był Polakiem. Argumentem za utożsamieniem tych dwóch żeglarzy był dla mnie zapis ich nazwisk w tekstach hiszpańskich, w których figurują odpowiednio jako Cristóbal de Colón i Juan de Colón.

Teorię o tożsamości obydwu odkrywców głosiło zresztą wielu autorów, z tym, że nie łączyli jej zazwyczaj z hipotezą o polskości Jana z Kolna.

Portugalski uczony nie wymyślił więc nic nowego, ale połączył krążące od wieków opowieści w jedną w miarę spójną całość. Ma ona do tego tę zaletę, że jest weryfikowalna. Dzięki osiągnięciom współczesnej nauki możemy przeprowadzić testy DNA, które z prawdopodobieństwem bliskim pewności potwierdzą ją lub zanegują. Nie dysponujemy co prawda szczątkami Władysława Warneńczyka, ale mamy oboje jego rodziców oraz dwóch braci. Mamy też szczątki Krzysztofa Kolumba znajdujące się w katedrze w Sewilli. Co więcej, zwłoki odkrywcy zostały już przebadane pod względem kodu genetycznego przy okazji rozstrzygania sporu dotyczącego miejsca jego pochówku. Badania da się więc przeprowadzić i warto to zrobić. Wbrew pozorom fantastyczności, scenariusz portugalskiego uczonego nie jest bowiem całkowicie nierealny. Oczywiście nie czynią go niemożliwym pogłoski o rzekomym homoseksualizmie króla Władysława.

Po pierwsze – są one oparte na bardzo wątłych przesłankach, a konkretnie na wzmiance Długosza o paskudnym nałogu króla. Interpretacja tego zdania jako świadectwa homoseksualizmu monarchy jest niczym innym jak tylko gejowskim mitem. Można bowiem interpretować tę notatkę na wiele innych sposobów. Mógł być na przykład nałogowym onanistą, mógł być zwykłym erotomanem – jak jego bratankowie Jan i Fryderyk (obydwaj prawdopodobnie zmarli na kiłę); mógł też być ekshibicjonistą – jak jego stryjeczny wnuk Ludwik. Jest też całkiem prawdopodobne, że mogło chodzić o sprawy zupełnie nieseksualnej natury. Wiadomo skądinąd, że król Władysław namiętnie parał się magią i wróżbiarstwem. Zachował się nawet jego grymuar, eufemistycznie zwany modlitewnikiem. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że okultystyczne pasje mogły zostać przez pobożnego kanonika nazwane paskudnym nałogiem. Co naprawdę miał on na myśli, pozostanie tajemnicą. Po drugie – nawet gdyby rzeczywiście król był homoseksualistą, nie wyklucza to sporadycznych kontaktów heteroseksualnych i spłodzenia syna. Warto zastanowić się nad możliwymi konsekwencjami ewentualnej prawdziwości tej teorii. Najpierw trzeba wyjaśnić charakter hipotetycznej polskości Kolumba. Władysław III był Polakiem w sensie kulturowym i państwowym, ale nie etnicznym ani tym bardziej genetycznym, był bowiem synem Litwina i Rusinki. Swoim ewentualnym synom, których matka była najprawdopodobniej Portugalką, nie przekazał polskości kulturowej. Można bowiem przypuszczać, że wychowywani byli oni na Portugalczyków. Mógł im natomiast przekazać polskość w sensie państwowym, o ile jego związek z ich matką miał charakter legalnego małżeństwa. W takim przypadku byli oni po prostu polskimi królewiczami. A w sytuacji, w której do dziś istnieje linia książąt de Veragua, legalnych potomków Krzysztofa Kolumba po mieczu, rzecz staje się naprawdę ciekawa. Dotąd było tak, że Polska, jako bodaj jedyny kraj w Europie, nie miała mocnych pretendentów do tronu. Wettynowie, zapisani w Konstytucji Trzeciego Maja, mają prawa słabe, gdyż po pierwsze – konstytucja ta została prawnie zniesiona, po drugie zaś – sami się ich zrzekli, natomiast inne rody, z używającymi polskiej tytulatury Romanowami włącznie, jeszcze słabsze, wręcz zerowe. Jeśli jednak Krzysztof Kolumb był legalnym synem Władysława III, to książęta Veragua mają bardzo mocne prawa do tronu polskiego. Aż tyle i tylko tyle. Nie są „Królami z Prawa”, jak dziedzice tronu francuskiego, bo w odróżnieniu od tego ostatniego tron polski nie jest ani nigdy nie był absolutnie dziedziczny w linii starszeństwa.

Od samego początku zdarzały się wstąpienia na tron młodszych braci z pominięciem starszych, abdykacje, układy i testamenty, a od śmierci Władysława Jagiełły obowiązywała elekcja, choć przez pierwszy wiek z okładem jeszcze nie wolna. Nie mogą więc potomkowie Krzysztofa Kolumba dołączyć do swojej tytulatury arystokratycznej słów „z Bożej Łaski Król Polski…”, a co najwyżej „Dziedzic Korony Polskiej”. Żeby być Królem Polski, trzeba zostać wybranym i koronowanym. Oczywiście żadne polskie tytuły nie będą im przysługiwać, jeśli Kolumb był tylko naturalnym, nie zaś legalnym synem Warneńczyka. Tej legalności natomiast najprawdopodobniej w żaden sposób stwierdzić się dziś nie da. W związku z tym prawa książąt Veragua do polskiego tronu będą co najwyżej nieco mocniejsze od praw Wettynów.

Znaczenie prawne biologicznego pokrewieństwa z Jagiellonami jest więc niewielkie, ale symboliczne może być spore. Gdyby książę de Veragua zdecydował się stanąć na czele ruchu monarchistycznego w Polsce, bardzo by to ów ruch wzmocniło. Zdaję sobie sprawę, że może on egzystować i bez pretendenta, ale nie posiadając takowego, ma małe szanse na stanie się masowym i zyskanie realnego wpływu na życie polityczne kraju, a w dalszej konsekwencji na zmianę ustroju. Dlatego ważną sprawą jest przeprowadzenie wspomnianych badań genetycznych, gdyż ich wyniki mogą znacząco wpłynąć na dalsze losy naszej ojczyzny.

Kolędy gwiazd

 

Zachwyca mnie fakt, że mimo pozornie całkowitego zeświecczenia głównego nurtu współczesnej popkultury, czołowi artyści anglojęzyczni chętnie nagrywają płyty z chrześcijańską muzyką stricte religijną. Szczególnie widoczne jest to w Okresie Bożego Narodzenia. Płyty z religijnym repertuarem poświęconym tym świętom nagrali między innymi tak słynni wykonawcy jak Mariah Carey, Sting, czy Enya, czy też nieco mniej znani, ale nie mniej wybitni Loreena McKennit, Hayley Westenra, czy dark ambientowy zespół Nox Arcana. W odróżnieniu od naszych rodzimych piosenkarzy, którzy z reguły zatrzymują się na ludowych kolędach, nie stronią przy tem od utworów ściśle liturgicznych, w tym łacińskich. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że w obecnym sezonie chętnie sięgam po tego rodzaju nagrania celem umieszczenia ich na blogu Prawdziwe Boże Narodzenie. Zacząłem już w Adwencie, bo wielu z tych artystów wykonuje hymn Veni, veni Emmanuel, czy to po łacinie, czy też po angielsku. Tu również widać róźnice w porównaniu z polską sceną muzyczną, na której repertuar adwentowy jest praktycznie nieobecny. Jedyną znaną mi polską płytą adwentową nagrał ściśle relijny zespół Deus Meus. Jest to więc nisza nadal pozostająca do zagospodarowania. Wróćmy jednak do meritum. Utwory zaczerpnięte ze świątecznych płyt zagranicznych gwiazd będą stanowiły treść znaczącej części tegorocznych wpisów na moim bożonarodzeniowym blogu. Aby go jednak nie zdominowały, zamieszczę jedynie po trzy utwory z każdej płyty, nie licząc tych, które już zamieściłem w Adwencie. Nie będę się ograniczał wyłącznie do utworów katolickich. Choć bowiem pod względem religijnym od protestantyzmu oddziela mnie wielka przepaść, to bez zastrzeżeń uznaję ogrom wkładu tego nurtu w tworzenie chrześcijańskiej kultury muzycznej. Dlatego na moim blogu nie zabraknie metodystycznych hymnów, czy muzyki gospel. Moim zdaniem nie gryzą się one z chorałem gregoriańskim i jego mutacjami. A ilustracją do tego tekstu niech będzie kolęda w wykonaniu gwiazdy, której osobnego wpisu w tym roku nie poświęcę.

Wojna z pochodniami

Walka z cywilizacją zachodnią trwa od wielu lat, można rzec od wieków. Tajne ośrodki i organizacje, dążące do utworzenia wspólnego rządu światowego wiedzą, że aby osiągnąć swój cel muszą najpierw zniszczyć stare i silne cywilizacje i zastąpić je jedną, sztuczną i hybrydową, wspólną dla całego rodzaju ludzkiego. Wydaje się, że cywilizację taką planuje się stworzyć na bazie cywilizacji zachodniej, pozbawiwszy ją wpierw pewnych elementów. Głównymi filarami tejże cywilizacji, dominującej aktualnie w Europie, obydwu Amerykach i Australii są chrześcijańska religia i heteroseksualna erotyka, oczywiście ograniczona konkretnymi ramami. Każda bowiem cywilizacja opiera się na religii i erotyce, przy czem modele jednej i drugiej są w każdej cywilizacji odmienne. Wspomniane tajne organizacje pragną usunąć z niej elementy chrześcijaństwa i zastąpić je religijnym synkretyzmem w stylu New Age, a erotyce zdjąć hamulce i pozbawić ją jednoznacznie heteroseksualnego charakteru.

 

Walka o osiągnięcie tych celów prowadzona jest na wielu polach jednocześnie. Jednym z najważniejszych jest wojna z symbolami. Cywilizacja pozbawiona swojego systemu symboli lub jego znaczącej części, traci swoją tożsamość. Najważniejszym symbolem chrześcijańskiej cywilizacji Zachodu jest oczywiście Krzyż Chrystusowy i to On jest głównym celem ataków zwolenników nowego porządku światowego. Tam gdzie mogą, walczą z nim wprost, całkowicie go eliminując z przestrzeni publicznej. W naszej ojczyźnie walka z krzyżem pozostaje jak na razie na etapie rozpoznania bojem. Co jakiś czas mamy do czynienia z serią ataków skierowanych przeciwko obecności krzyża w przestrzeni publicznej. Dwie ostatnie takie serie miały miejsce pod koniec ubiegłego i w lecie bieżącego roku. Po każdej z nich atakujący wycofują się, gdy dostrzegają, że nie mają jeszcze wystarczającego poparcia społecznego dla przeprowadzenia frontalnego, skutecznego ataku. Będą próbować tak długo, aż im się uda. Jednocześnie prowadzą ataki pośrednie, eliminując z cywilizacyjnego obiegu rozmaite symbole pomniejsze. Udało się im już usunąć z przestrzeni publicznej, pod pretekstem nazistowskich konotacyj, salut rzymski, bliscy są też powtórzenia tego z krzyżem celtyckim. W rzeczywistości obydwa te symbole posiadają bardzo liczne znaczenia, wśród których te nazistowskie mają pozycję zaiste marginalną. Salut rzymski oznacza przedewszystkiem deklarację przynależności do łacińskiego kręgu kulturowego, a krzyż celtycki jest, w swym podstawowym znaczeniu, jednym z najstarszych i najważniejszych przedstawień krzyża chrześcijańskiego. Lewakom udało się jednak, dzięki potędze służących im marksmerdiów, przekonać społeczeństwo, iż są to symbole, jak się mówi w lewicowych kręgach „faszystowskie” (słowa „nazizm” środowiska te unikają, gdyż obnaża ono socjalistyczny charakter tego zbrodniczego ustroju).

 

Ostatnio pod dokładnie tym samym pretekstem rozpętano walkę z pochodniami. Zaczęło się od zaopatrzonego w takowe artefakty wieczornego marszu obrońców krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego z udziałem prezesa PiS, W. Czc. Jarosława Kaczyńskiego, który odbył się dziesiątego września bieżącego roku. Po tym wydarzeniu pewna gazeta, słynąca z selektywnego doboru informacyj i opinij, zasugerowała, nie wprost oczywiście, że marsze z pochodniami budzą jednoznacznie faszystowskie skojarzenia, wskutek czego są one ewidentnie nieetyczne, a być może nawet bezprawne. Podobnie było dwa miesiące z okładem później, gdy maturzyści z krakowskiego liceum imienia Stanisława Wyspiańskiego składali uroczyste ślubowania przy blasku pochodni, na Skałce, u stóp grobu swojego patrona. Również oni zostali w tejże samej gazecie między wierszami oskarżeni o faszyzm. Również internauci, komentujący te artykuły na portalu wzmiankowanej gazety, w większości przypadków twierdzili, że współcześnie „pochodnie kojarzą się jednoznacznie”. Przekonanie to świadczy jednoznacznie o powszechnym zaczadzeniu lewackim dymem z masońskiego pieca. W rzeczywistości symbolika pochodni nie jest i nigdy nie była jednoznaczna. Wręcz przeciwnie, jest ona głęboka, bogata i złożona. Szczególnie rozbudowana jest zaś w chrześcijaństwie. Korzeniami swymi sięga do Ewangelii: „Niech będą przepasane biodra wasze i pochodnie gorejące w rękach waszych” (Łk12,35). Tutaj pochodnia jest symbolem chrześcijańskiej czujności. W Apokalipsie Świętego Jana występuje siedem pochodni, które są interpretowane jako symbol Ducha Świętego. Wielu świętych ma pochodnie za atrybuty, szczególnie ci męczennicy, którzy zginęli w ogniu, jak Św. Teodor, czy Św. Eutropia. Świętemu Dominikowi, założycielowi Zakonu Kaznodziejskiego często na obrazach towarzyszy pies niosący pochodnię w pysku. W tradycji antycznej zapalona pochodnia symbolizuje życie i światło, zgaszona, bądź opuszczona, ciemność i śmierć. Jeśli chodzi o użycie w demonstracjach, to na przestrzeni ostatnich stu lat wykorzystywali pochodnie nie tylko naziści, czy Ku-Klux-Klan, ale także na przykład przeciwnicy stosowania przemocy. Wszystko to można przeczytać nawet w podręcznych leksykonach symboli. Nie bez znaczenia jest też rola pochodni w literaturze polskiej. U barokowego poety katolickiego Szymona Zimorowica jest ona symbolem życia:

Bo niesłusznie do spółku ludzkiego przychodzą

Ci, którzy mogąc, sobie podobnych nie rodzą.

Owszem, światłości dziennej zażywać niegodni,

Że drugim nie podają żywotnej pochodni.”

Współczesny mu kalwin Daniel Naborowski „Pochodnią Tytanową” (oczywiście od mitologicznych tytanów, nie od nieznanego jeszcze wówczas metalu o tej nazwie) nazywa Słońce. W stuleciu osiemnastym biskup Ignacy Krasicki przeciwstawia pochodnię, jako autonomiczne źródło światła, świeczce, która jest tylko cudzej jasności małą uczestniczką. W wieku kolejnym, późny klasyk Franciszek Wężyk nazywał poetów pochodniami ludu. W końcu u Wyspiańskiego, w „Weselu” i „Wyzwoleniu” pochodnie symbolizują tradycje narodowe. Są więc jak najbardziej na miejscu w czasie ślubowania uczniów szkoły jego imienia u stóp jego grobu. Wszystkie powyższe przykłady dobitnie ukazują, że konotacje płonących pochodni są w naszym kręgu cywilizacyjnym w zdecydowanie przeważającym stopniu pozytywne. Ich skojarzenie z przemocą ma charakter wybitnie marginalny. Dążenie do eliminacji pochodni z przestrzeni publicznej musi być więc uznane za podkopywanie fundamentów zachodniej, chrześcijańskiej cywilizacji.

Nowy numer PRO FIDE, REGE ET LEGE: o Rewolucji i etatyzacji społeczeństwa – tekst nadesłany

 

Drodzy Czytelnicy,

wreszcie ukazała się nowy numer Pro Fide, Rege et Lege. Zapraszam serdecznie do kupienia. Poniżej spis treści.

Zwracam się do Państwa z prośbą o kupowanie naszego pisma nie tylko dlatego, że wydaje się ono nam interesujące i godne lektury. Chciałbym abyście wiedzieli, że kupując Pro Fide wspomagacie Państwo finansowo naszą kontrrewolucyjną działalność. Dlatego prosimy o kupowanie, kupowanie i jeszcze raz kupowanie.

Z kontrrewolucyjnym salutem

prof. Adam Wielomski
Naczelny Pro Fide, Rege et Lege

PFRL 66. Spis treści:

Od Redakcji

Dział numeru: Etatyzacja społeczeństwa i rodziny

Tomasz Szymański: Anatomia rewolucji

Konrad Szocik: Społeczno – polityczna struktura sowieckiego ateizmu

Aleksander Stępkowski: Rodzina na drodze postępu

Adam Wielomski: Przymus szkolny w perspektywie filozofii politycznej

Paweł Bała: Krytyki przymusu szkolnego

Działa Prawo i Politologia:

Paweł Bała: „Państwo suwerenne”. O polskiej próbie konstytucjonalizacji tez orzeczenia Federalnego Trybunału Sprawiedliwości z 30 czerwca 2009 r.

Karol Jasiński: Korporacjonizm katolicki i faszystowski. Różnice i podobieństwa

Krystian Chołaszczyński: Z dziejów apartheidu w Afryce. Rządy Douglasa Iana Smitha w Rodezji Południowej

Dział idee:

Adam Wielomski: Mauro Cappellari versus jansenizm francuski i włoski

Maciej Strutyński: Religia i polityka jako przedmiot zainteresowania politologii religii

Wywiad z Arkadiusz Mellerem: „ONR było elitą ówczesnego społeczeństwa…”

Dział Religia:

x. Wilhelm de Tanouarn: Vaticanum II – Sobór niedogmatyczny. Rozumienie zmian w doktrynie a Tradycja

x. Gwidon Marini: Wstęp do Ducha liturgii

Artur Rumpel: Zawłaszczone symbole chrześcijańskie

Dział Filozofia:

Artur Andrzejuk: Wzajemne relacje pomiędzy filozofią i teologią w ujęciu św. Tomasza z Akwinu

Dawid Lipski: „Materialny człowiek” – kilka uwag filozofii klasycznej na temat struktury człowieka

Izabella Andrzejuk: Filozoficzna interpretacja doświadczenia mistycznego w ujęciu Mieczysława Gogacza

Dział Recenzje:

Arkadiusz Meller [rec.], Cezary Kalita i Adam Wielomski, Krytycy demokracji, Warszawa 2009.

Adam Wielomski [rec.], Paweł Bała, Pod wezwaniem Boga czy Narodu?, Warszawa 2010.

Marcin Sułkowski [rec.], Christopher Hitchens, Bóg nie jest wielki. Jak religia wszystko zatruwa, Katowice 2007

Patryk Tomaszewski [rec.], Roman Tomczyk, Myśl Mocarstwowa. Z dziejów młodego pokolenia II Rzeczypospolitej, Szczecin 2008, ss. 351.

Z jeszcze bardziej prawej półki

Cena 19 złotych

Do nabycia w naszej kontrrewolucyjnej księgarni:

http://capitalbook.pl/product_info.php?products_id=529&osCsid=c8588c8b35c48ab5cbb644323a752b67
 

Humanistyka z marketowego koszyka – Ksiega przysłów

Księga przysłów

Pisałem już, że atrakcyjne dla badacza kultury książki, które można znaleźć w marketowych koszach z tanią literaturą, można podzielić na opracowania i źródła. Wśród tych ostatnich zaś niebagatelną rolę odgrywają kurioza. Do tej kategorii niewątpliwie zalicza się „Księga przysłów”, wydana przez Wydawnictwo Literat z Torunia. Pierwszym symptomem, świadczącym o kuriozalnym charakterze tej książki, jest brak osoby, która wzięłaby na siebie odpowiedzialność za jej treść. Wyboru i opracowania dokonał zespół, którego członkowie nie są wymienieni z nazwiska. Przysłowia są podane bez żadnego opisu. Nie wiadomo skąd dane przysłowie pochodzi, choćby ogólnikowo, z jakiego kraju, narodu, czy języka, nie mówiąc już o dokładnych danych, gdzie i kiedy zostało zapisane, albo z jakiego pisanego źródła zaczerpnięte. Takie dane są konieczne w naukowych zbiorach, które można wykorzystywać w poważnych analizach paremiologicznych, czy to na gruncie literaturoznawstwa, czy też antropolologii kulturowej. Innym mankamentem, uniemożliwiającym wykorzystanie omawianego zbioru do jakichkolwiek analiz paremiologicznych, nie tylko naukowych, ale także publicystycznych jest zastosowana w nim forma układu alfabetycznego według pierwszych słów przysłów, a nie ich tematów przewodnich. Jeśli więc ktoś poszukuje na przykład przysłów o koniach nie ma ich zebranych w jednym miejscu pod hasłem koń, ale musi ich szukać rozproszonych po całej książce. Nie byłoby to oczywiście żadnym problemem, gdyby zbiór był opatrzony indeksem, a  przysłowia na poszczególnych stronach były ponumerowane. Mogą więc Szanowni Czytelnicy zapytać, dlaczego uznaję tę książkę za materiał źródłowy dla antropologii kulturowej, skoro jednocześnie udowadniam, że do badań nad przysłowiami nie da się jej wykorzystać? Ano dlatego, że jak najbardziej nadaje się na materiał źródłowy do badania literatury brukowej, czy też jarmarcznej, do której bez wątpienia się zalicza. Mogę sobie bez problemu wyobrazić artykuł naukowy pod takim na przykład tytułem: „Przyczynek do badania jarmarczno-marketowej pseudoparemiologii na podstawie ‚Księgi Przysłów’ Wydawnictwa Literat”. Mógłbym nawet taki artykuł sam napisać. Zważywszy jednak, że od trzech lat żadnego artykułu naukowego nie napisałem, jest bardzo mało prawdopodobne, abym napisał akurat ten.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij