Mysterium fascinans – IV rekolekcje liturgiczne

mf

Zapraszamy na:
IV Rekolekcje liturgiczne Mysterium fascinans
«A świątyni w nim nie dojrzałem…» (Ap 21, 22)
Liturgia i rzeczy ostateczne

12-14 sierpnia 2011, Zembrzyce
Prowadzenie: ks. dr Maciej Zachara MIC i ks. dr Janusz Mieczkowski

Na rekolekcjach będzie obecny
J. E. Ks. Bp Stefan Cichy
Przewodniczący Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Episkopatu Polski

Goście specjalni:
ks. prof. Cesare Giraudo SI (Rzym)
ks. dr Jose Antonio Goñi (Pampeluna, Hiszpania)

Wykładowcy:
ks. dr Maciej Zachara MIC, ks. dr hab. Przemysław Nowakowski CM, o. dr Mateusz Przanowski OP, dr Tomasz Dekert

Zapisy trwają od marca do 15 lipca 2011 r.
Koszt rekolekcji wynosi 175 zł.
Internetowy formularz zgłoszeniowy i szczegółowe informacje można znaleźć na stronie
www.mysteriumfascinans.pl
http://www.facebook.com/pages/Mysterium … 7960895927

Literacka nagroda Nobla w pierwszej dekadzie XXI stulecia

 

O Literackiej Nagrodzie Nobla pisałem już w latach 2007 i 2008, najpierw przy okazji wydania dołączanej do Der Dziennika kolekcji dzieł „najwybitniejszych noblistów”, potem zaś omawiając powieść Orhana Pamuka „Nazywam się czerwień”. Dzisiaj natomiast chciałbym o niej napisać w formie próby podsumowania jej przyznań podczas trwania pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Zastosowane przez wspomnianą gazetę określenie „wybitni nobliści” wbrew pozorom nie jest wcale pleonazmem, gdyż bynajmniej nie wszyscy laureaci tej nagrody są pisarzami wybitnymi. Widać to bardzo wyraźnie właśnie na przykładzie laureatów z ostatniej dekady. Według zgodnej opinii krytyków jedynie J.M. Coetzee i Mario Vargas Llosa są prawdziwymi arcymistrzami literatury. Ja osobiście do tej krótkiej listy dopisałbym jeszcze Orhana Pamuka, ale to tylko moja prywatna, niewiele znacząca opinia. Warto przy tem zauważyć, że o ile Coetzemu i Pamukowi dopiero ta nagroda dała światową sławę, o tyle Vargas w momencie jej otrzymania znajdował się już od wielu lat na szczytach popularności. To, że tylko dwaj lub trzej z dziesiątki są uznawani za wybitnych nie oznacza  bynajmniej że pozostałych siedmioro, czy ośmioro laureatów to źli, czy słabi pisarze. Wręcz przeciwnie, są oni bardzo dobrzy (w tej dekadzie komitet noblowski nie zaliczył takiej wpadki, jak Dario Fo, którego twórczość większość krytyków ocenia negatywnie), ale takich bardzo dobrych pisarzy są na świecie tysiące. Są też setki literatów bezspornie wybitniejszych, którzy jednak nigdy Nobla nie dostali. Można więc przypuszczać, że o wyborze tych właśnie, a nie innych laureatów zadecydowały względy pozaliterackie, najpewniej przedewszystkiem polityczne, ale być może także i towarzyskie. Jest tajemnicą poliszynela, że Noblem honoruje się najczęściej literatów lewicowych, a przynajmniej lewicujących. Ci którzy są od lewicy daleko, choćby byli najwybitniejsi albo koszmarnie długo na nagrodę czekają, jak Mario Vargas, albo też nigdy jej nie otrzymują, jak Zbigniew Herbert. Zjawisko zresztą, wbrew pozorom, wcale nie jest nowe. Tak jak od kilkudziesięciu lat wśród literackich noblistów jest nadreprezentacja lewicowców, tak w pierwszych dekadach istnienia nagrody była wśród nich nadreprezentacja Skandynawów. Większości spośród owych pisarzy dziś już nikt poza specjalistami nie zna i nie pamięta. Prawdopodobnie rzesze obecnie nagradzanych lewaków czeka ten sam los. A dzieła Vargasa, który, zanim w końcu zasłużonego Nobla, najpierw odstał kilkanaście lat w charakterze „wielkiego pominiętego” bez wątpienia trafią do światowego kanonu literatury nieśmiertelnej. Małość zaś, nawet ukoronowana, nieśmiertelności nie zyskuje.

Monika Szwaja "Nie dla mięczaków"

 

Mikropowieść Moniki Szwai „Nie dla mięczaków” można było ostatnio (a może nadal można) dostać za darmo w empiku. Ta niewielka książeczka stanowiła gratisowy dodatek do zakupów książkowych z okazji jakiegoś tygodnia książki, czy czegoś takiego. Akcje tego rodzaju uważam za bardzo pożyteczne. Sprawiają one, że dana pozycja trafia do rąk osób, które w innych okolicznościach by po nią nie sięgnęły, co w oczywisty sposób przyczynia się do poszerzenia horyzontów czytelniczych, tak indywidualnych, jak i ogólnospołecznych. W tym konkretnym przypadku przydarzyło się to między innymi mojej skromnej osobie. Dotąd nie kupowałem, ani nie czytałem książek tej autorki, nie miałem też zamiaru czynić tego w przyszłości. Uznawałem bowiem jej pisarstwo za literaturę przeznaczoną zasadniczo dla kobiet. Skoro jednak książka sama wpadła mi w ręce, przeczytałem ją i bynajmniej tego nie żałuję.

 

Nadal uważam, co prawda, że grupą docelową tej książki i jej podobnych są przedewszystkiem kobiety, jest to bowiem właściwie romans, a ten gatunek literatury bez wątpienia częściej czytuje płeć piękna, aniżeli brzydka. Uważam jednak, że również mężczyzna może tę książkę czytać z z satysfakcją i pożytkiem, a to przynajmniej z dwóch względów. Po pierwsze postacie bohaterów są tutaj nakreślone w sposób niezwykle interesujący. Głównym bohaterem jest informatyk, który odniósł sukces zawodowy jako przedsiębiorca branży komputerowej. Nie jest jednak typowym przedstawicielem inżynierskiej braci, ma bowiem szerokie zainteresowania daleko wykraczające poza ramy dyscyplin ścisłych i technicznych. Przez wiele lat śpiewa w chórze, ocierając się o zawodowstwo, organizuje też festiwale chóralne. Wykazuje się szerokim oczytaniem, posiada bogatą bibliotekę. Ma również bogate życie towarzyskie. Rozwodzi się z żoną, z którą ma dorosłą córkę, z inną kobietą ma dorosłego syna, o którym nic nie wie, a który okazuje się być homoseksualistą. Jakby tego było mało, ma też stałą, bezuczuciową kochankę, a bezpośrednio po orzeczeniu rozwodu wdaje się w burzliwy romans. Inni bohaterowie mają równie skomplikowane osobowości i życiorysy. Po drugie, książka ma interesujący wątek krajoznawczy, rozbity na dwa podwątki: szczeciński i beskidzki. Wchodzi w tej materii niekiedy w takie szczegóły, że może służyć za przewodnik. „Nie dla mięczaków” jest więc niewątpliwie romansem, ale bynajmniej nie tylko romansem. Dlatego jest to książka nie tylko dla kobiet.

Rango

 

rango

Po wielkopostnej przerwie wracam do recenzowania filmów. Pierwszy w kolejce czeka Rango, który w największym skrócie można określić jako animowany western. Jest to film o domowym kameleonie, który wskutek wypadku zmuszony jest do opuszczenia świata ludzi i zamieszkania w świecie zwierząt. Nie oznacza to jednak powrotu do natury, gdyż w tym filmie zwierzęta mają swoją cywilizację podobną do ludzkiej, rozwiniętą do poziomu mniej więcej odpowiadającego naszemu dziewiętnastemu wiekowi. Film, mimo że animowany, nie nadaje się do oglądania przez dzieci, i to nawet nie z powodu scen przemocy, które owszem są w tym filmie, ale bynajmniej ani nie liczniejsze, ani nie straszniejsze niż w wielu kreskówkach dziecięcych. Ten film dlatego nie jest dla dzieci, że naprawdę mało prawdopodobne jest, aby im się spodobał i to z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze jest narysowany w dosyć ponurym stylu. Po drugie jest on przesycony rozważaniami poświęconymi rozmaitym kwestiom egzystencjalnym, takim jak prawda, władza, czy legenda. Te rozważania, których sens może być czytelny jedynie dla dojrzałego odbiorcy stanowią o wartości tego filmu, który staje się dzięki nim dziełem głęboko mądrym. Filozoficzne rozważania nieźle uzupełnia i podkreśla utrzymana w meksykańskim stylu muzyka. Ogólnie jest to bardzo dobry film, być może nawet najlepszy spośród animacyj obejrzanych przeze mnie w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Moim zdaniem to jedna z mocniejszych kandydatur do przyszłorocznego Oskara w swojej kategorii.

Lokalne inaczej

piwo

 

Niedawno miałem okazję być służbowo we Wrocławiu. Spotkanie, w którym uczestniczyłem, miało miejsce w siedzibie Cefarmu Wrocław mieszczącej się w dzielnicy Rakowiec. Jako że na miejsce przybyłem mniej więcej o godzinę  za wcześnie, zdecydowałem się na mały spacerek po nieodległym Lesie Rakowieckim. Zachwyciło mnie w tym miejscu bogactwo różnorodnej roślinności i wielkie mnóstwo dorodnych winniczków, zasmuciło natomiast równie wielkie mnóstwo śmieci.

 

Wśród owych, generalnie zasmucających, śmieci znalazłem też jednak coś interesującego. Mianowicie w trawie, nieopodal jednej z leśnych dróżek, leżała butelka po piwie. Niby nic w tym nie było dziwnego, bo w ciągu owego spaceru widziałem wzdłuż swej trasy kilkadziesiąt różnych butelek i puszek po piwie i innych napojach alkoholowych. Ta jednak tym się wyróżniała, że była po piwie z Raciborza. Co w tym dziwnego? Ano to, że niezwykle rzadko mam okazję oglądać butelkę po piwie pochodzącym z tego książęcego grodu. I może to właśnie jest naprawdę dziwne. Mój rodzinny Rybnik jest oddalony od Raciborza o nieco ponad dwadzieścia kilometrów, Wrocław zaś o prawie dwieście. A jednak w Rybniku nigdy nie zetknąłem się z taką butelką, ani pełną na sklepowej półce, ani pustą w przydrożnych krzakach. A swego czasu dosyć intensywnie szukałem tego trunku w rybnickich sklepach, niestety bezskutecznie Wiem, że piwo to jest sprzedawane przedewszystkiem lokalnie w Raciborzu i jego najbliższych okolicach. Skąd się zatem butelka po nim wzięła we wrocławskim lesie? Są dwie możliwości. Pierwsza jest taka, że ktoś kupił je w Raciborzu, a następnie pojechał wypić do Wrocławia. Bardziej prawdopodobna wydaje się jednak druga, a mianowicie taka, że piwo to jest dostępne w przynajmniej jednym wrocławskim sklepie.

 

Jeśli ta druga hipoteza jest prawdziwa, stawia to w nowym świetle pojęcie marki lokalnej. Od dawna zresztą nie oznacza już ono dokładnie tego samego, co pierwotnie. Pozostając w tej samej branży, można zauważyć takie ciekawostki, jak piwo rybnickie, ciągle sprzedawane prawie wyłącznie w Rybniku i okolicy, ale od czasu upadku miejscowego browaru, który nastąpił przed mniej więcej pięciu laty, produkowane w Jędrzejowie przez firmę z siedzibą w Warszawie. Czy to jeszcze jest marka lokalna, czy już nie? Powszechnie jest uznawana za lokalną, należy więc chyba przyznać, że taką jest. Tym bardziej więc będzie nią piwo raciborskie, które jest nie tylko dystrybuowane, ale także produkowane w Raciborzu. Jednak fakt, że łatwiej się na nie natknąć w odległym Wrocławiu aniżeli w pobliskim Rybniku, pozwala sądzić, że lokalność tego piwa ma sui generis postmodernistyczny charakter.

 

To co w ostatnich dziesięcioleciach dotknęło wspólnoty ludzkie, gdzie miejsce i rolę lokalnych przejęły nielokalne, ma obecnie miejsce w obszarze marek niszowych. Małe wspólnoty nie przestały istnieć, nie utraciły też swojej roli społecznej, utraciły natomiast swój lokalny charakter. To samo dotyczy marek niszowych, które nie giną bynajmniej pod naporem masowych, globalnych, ale przestają być lokalnymi. Niszowe marki nielokalne nie są zresztą niczym nowym, chociaż to w ostatnich dwóch dziesięcioleciach, dzięki postępującej informatyzacji, zyskały znaczenie wcześniej niespotykane. Na przykładzie wymienionych wyżej dwóch gatunków piwa widzimy jednak, że granice pomiędzy niszowymi markami lokalnymi i nielokalnymi są obecnie wybitnie nieostre. Oczywiście istnieją marki jednoznacznie lokalne, jak też i jednoznacznie nielokalne, jednak pomiędzy nimi jest wiele bytów pośrednich, trudnych do jednoznacznego przyporządkowania. Podobnie zresztą jest na polu wspólnot. Nowego typu wspólnoty nielokalne, zwane przez antropologów plemionami afektywnymi, przenikają się na wiele różnych sposobów z tradycyjnymi wspólnotami lokalnymi. Żyjemy w niezwykle skomplikowanych czasach, w których mało co jest klarowne i jednoznaczne.

Pies najlepszą namiastką człowieka?

dziewczynki

Niedawno napisałem nie do końca poważny tekst zainspirowany napisem na znalezionej na chodniku paczce po rosyjskich papierosach. Dlaczego w ogóle zwróciłem uwagę na ten napis? Ano dla tego, ze mnie generalnie bardzo interesują wszelakie napisy. Napisom pobożnym w dekanacie tworkowskim poświęciłem swoją pracę magisterską na etnologii, chętnie tez czytam i fotografuję rozmaite napisy znalezione na mieście, czy to w postaci ogłoszeń naklejanych w różnych miejscach, czy też w postaci murali graffiti, czy zwykłych bazgrołów. Niektóre z nich tylko odnotowuję, innym zaś poświęcam chwilę refleksji, czasami przelewając swoje przemyślenia na papier.

 

Tak właśnie się stało z ową paczką po papierosach, podobnie też zdarzyło się z pewnym ogłoszeniem drobnym, które parę dni temu przeczytałem na jednym z rybnickich słupów ogłoszeniowych. Oto treść tego ogłoszenia: „Sprzedam! Śliczne suczki rasy Yorkshire Terrier. Dziewczynki mają 8 tygodni. Są po malutkich rodzicach: Mama -1,8 kg stalowo-złota Tata – 1,2 kg czarno-złoty. Szczeniaczki mają książeczkę zdrowia, zaszczepione i odrobaczone. Więcej informacji pod numerem telefonu: (…). Cena do negocjacji.” Pogrubiłem słowa, których użycie w tym kontekście szczególnie mnie poruszyło. Pisanie o psach, tak jak się pisze o dzieciach wydaje mi się dalece niestosowne. Nazywanie suczek dziewczynkami nie mieści mi się w głowie.

 

Rzeczą znamienną jest tutaj swoiste pomieszanie tradycyjnego słownictwa z zakresu hodowli psów (suczki, szczenięta, odrobaczone) ze słowami do niedawna jeszcze wyłącznie w odniesieniu do ludzi stosowanymi (dziewczynki, mama, tata). Takie pomieszanie jest świadectwem pewnych niezwykle niepokojących przemian w świadomości nie tylko indywidualnej, ale i społecznej. Autor owego ogłoszenia nie jest bowiem izolowanym przypadkiem, ale typowym przedstawicielem swoistego nurtu kulturowego szeroko w społeczeństwie, nie tylko zresztą polskim, rozpowszechnionego. Nurtu, którego uczestnicy nie zdając sobie w najmniejszym nawet stopniu sprawy.  Polem na którym lewacy wszelkiej maści osiągnęli wyjątkowo obfite sukcesy w dziele niszczenia tradycyjnych cywilizacyj jest negowanie istotowych różnic pomiędzy ludźmi i zwierzętami. Oczywiście ma to na celu podważenie fundamentów religii chrześcijańskiej, a zwłaszcza nauki o nieśmiertelnej duszy ludzkiej. To zacieranie różnic idzie niejako dwutorowo. Po pierwsze, dzieje się to na drodze prawnej, gdzie wymyśla się i wdraźa coraz to nowsze i coraz bardziej absurdalne „prawa zwierząt”, jednocześnie ograniczając prawa i wolności ludzi. Mniej widoczne, chociaż nie mniej groźne są zmiany w kulturze, w tym w języku. Szczególnym przypadkiem jest tutaj socjolekt subkultury psiarzy, którego przykładowym i bardzo typowym tekstem jest przytoczone wyżej ogłoszenie. Zasadą podstawową tego socjolektu jest właśnie używanie w stosunku do zwierząt, a osobliwie do psów terminologii tradycyjnie zastrzeżonej dla ludzi. Któż z nas nie zetknął się ze sztandarową psiarską deklaracją „u nas pies jest członkiem rodziny”? Do tej samej kategorii językowej należy oburzanie się psiarzy na nazywanie ich pupili bydlętami. Kiedyś taki jeden powiedział mi: „To nie jest bydle, to jest pies”. Czyżby pies nie był zwierzęciem? Przecież „bydlę” to nic innego, jak nieco archaiczny synonim „zwierzęcia”. Tak właśnie jest, dla psiarzy pies nie jest zwierzęciem, ale namiastką człowieka, a może nawet nie namiastką, a pełnowartościowym zamiennikiem.

 

Trzeba podjąć próbę przeciwstawienia się lewicy i jej antycywilizacji również i na tym polu. Zacząć należy od uświadomienia sobie i innym, że fanatyczni psiarze wypisujący i wygadujący takie brewerie, jak te powyżej zacytowane, to nie tylko osoby, co do których zdrowia psychicznego można a nawet należy mieć poważne wątpliwości, ale także ofiarami lewicowej ideologii o zabarwieniu wybitnie antyreligijnym. Dla uważnego obserwatora rzeczywistości nie jest to zresztą żadna nowość, ani niespodzianka. Od dawna wiadomo, że wielu z pośród nadmiernie kochających zwierzęta, nie potrafi kochać ludzi. Często się zdarza, że walczący o „prawa zwierząt”, walczą również o swobodę mordowania nienarodzonych dzieci.  No ale czego można się spodziewać po ludziach, dla których suczki to dziewczynki?

Szatyn "Stara Baba" nie żyje

filozofia

W samą Wielkanoc, dwudziestego czwartego kwietnia bieżącego  roku, przed sklepem spożywczo-monopolowym w Pierdziszewie Dolnym zmarł w wieku lat czterdziestu ośmiu, z totalnego przepicia, Szatyn „Stara Baba” znany w całej wsi mistrz duchowy kultu wódu. Jego śmierć pogrążyła w głębokim smutku pięciu Jego wiernych uczniów i wyznawców, którzy przez ostatnie dwadzieścia lat codziennie gromadzili się przed sklepem, aby słuchać Jego wzniosłych Nauk Duchowych i uczestniczyć w Rytuale  Świętego Upojenia.

 

Zmarły Szatyn „Stara Baba” był wielkim odnowicielem kultu wódu, założonego w ostatniej ćwierci ubiegłego stulecia przez proroka  Dekabrystę z Krakowa. Szatyn „Stara Baba” przedewszystkiem dokonał systematyzacji praktyki wóduistycznej. Nauczał, że dla osiągnięcia Pełnego Spełnienia konieczne jest spożywanie w ramach Rytuału Świętego Upojenia  przynajmniej jednego litra wysokoprocentowych napojów alkoholowych tygodniowo. Kto spożywa ich mniej, nie jest prawdziwym wóduistą. Doskonała Praktyka Wóduistyczna polega zaś na regularnym piciu co najmniej pół litra takich trunków dziennie. Zalecenia te przyjęli nie tylko nieliczni formalni uczniowie Szatyna „Starej Baby”, ale prawie wszyscy wóduiści rozsiani po kraju i świecie.

 

Cała zaś pierdziszewska wspólnota uczniów Szatyna „Starej Baby” od wielu lat trwała w wiernym przestrzeganiu Doskonałej Praktyki Wóduistycznej, toteż przez ogół wóduistów zwana była Doskonałą Piątką. Obecnie ta maleńka, ale silna duchem wspólnota  pozostanie bez przywódcy. Wszyscy jej członkowie uznali bowiem zgodnie, że żaden z nich nie jest godzien zająć miejsca zmarłego mistrza. Rytuałowi Świętego Upojenia członkowie Doskonałej Piątki będą przewodzić rotacyjnie, a nauk nowych głosić nie będą, zadowalając  się studiowaniem swoich notatek sporządzonych na podstawie kazań Szatyna „Starej Baby”. Zmarły mistrz pozostanie więc wśród swych uczniów, obecny w słowach pozostawionych po sobie nauk. Można mieć nadzieje, że Doskonała Piątka, dzięki swemu wiernemu trwaniu przy Doskonałej Praktyce Wóduistycznej zapewni nieśmiertelność imieniu i naukom Szatyna „Starej Baby”.

 

***

 

Przedstawione w powyższym tekście osoby i wydarzenia są fikcyjne. Jakiekolwiek ich podobieństwo do postaci i wydarzeń ze świata rzeczywistego jest absolutnie przypadkowe.

Resurrexit 7

 

    Resurrexit

    Χριστός ανέστη εκ νεκρών,

    θανάτω θάνατον πατήσας,

    και τοις εν τοις μνήμασι,

    ζω ήν χαρισάμενος!

     

    Chrystus zmartwychpowstał

    Śmiercią śmierć pokonał

    Tym, którzy w grobach leżą

    Żywot wieczny darował

    Alleluja

    Radosnych Świąt Wielkanocnych

    życzą

    Ela, Artur, Pawełek i Martusia Rumplowie

Palenie po rosyjsku

 

papierosy

Pewnego przedwiosennego poranka ujrzałem na chodniku porzuconą pustą paczkę po papierosach. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że naklejone na niej ostrzeżenie o zgubnych dla zdrowia skutkach palenia papierosów było napisane po rosyjsku. Skłoniło mnie to do kilku refleksyj.

 

Rybnik, gdzie dokonałem tego „odkrycia”, leży w zachodniej części Polski, do Niemiec jest stąd o wiele bliżej niż do Rosji, z krajami Europy Zachodniej łączą mieszkańców mojego miasta o wiele liczniejsze więzi rodzinne, zawodowe i inne niż ze Wschodem, a jednak nigdy nie znalazłem na rybnickich chodnikach, ani w żadnym innym miejscu porzuconych paczek po papierosach opatrzonych napisami angielskimi, czy niemieckimi. Jest to tym bardziej dziwne, że wielokrotnie słyszałem o przypadkach kupowania papierosów na Zachodzie ze względu na ich jakoby znacznie lepszy smak niż tych samych marek będących w obrocie na rynku polskim. Mamy więc do wyboru trzy możliwe interpretacje tego zjawiska. Pierwszą można określić jako optymistyczną. Palaczy papierosów zachodnioeuropejskich jest w naszym regionie więcej niż palaczy papierosów rosyjskich, ale ci pierwsi nie porzucają pustych pudełek na chodnikach, lecz przykładnie wrzucają je do koszy na śmieci. W ślad za zachodnimi papierosami, idzie zachodnia kultura osobista. Ekspansja kultury materialnej pociąga za sobą ekspansję kultury społecznej i duchowej, jeśli trzymać się klasycznego podziału pochodzącego sprzed wieku z okładem. Druga interpretacja jest pesymistyczna. Mieszkańcy mojego miasta dużo częściej palą papierosy rosyjskie, niż zachodnie, tylko się do tego nie przyznają. Oznaczałoby to, że obok wspomnianych wyżej licznych więzi z Zachodem, istnieją u nas mniej widoczne, ale bynajmniej nie słabsze także i ze Wschodem. Pudełko po papierosach ujawnia ich istnienie na polu podziemnego życia gospodarczego, podkreślając znaczącą rolę przemytu w funkcjonowaniu społeczeństwa, należy jednak przypuszczać, że analogiczne więzi istnieją także na innych polach, zjawiska społeczne nie mają bowiem zwyczaju występować w pojedynkę. Tedy pod względem kulturowym nie przynależymy jednoznacznie, jak byśmy tego chcieli do cywilizacji zachodniej, ale stoimy w rozkroku między Wschodem a Zachodem. Trzecia interpretacja ma charakter realistyczny i jest z nich wszystkich najprostsza, a przy tem jako jedyna jest zgodna z zasadami metodologicznymi obowiązującymi w naukach społecznych. Zakłada ona, że jedno pudełko po papierosach, to stanowczo za mała próba badawcza, aby wyciągać z niej jakiekolwiek wnioski. Gdybym przebadał co najmniej sto porzuconych opakowań po papierosach, mógłbym formułować na podstawie takiego badania jakieś uogólnienia. Przy mniejszej liczbie próbek są one nieuprawnione.

 

Równie ciekawa jest treść owego ostrzeżenia. W polskim tłumaczeniu brzmi ono następująco: „Palenie powoduje przyspieszone starzenie skóry”. Ci Rosjanie mają się dobrze. U nas paczki straszą rakiem płuc, chorobami serca, czy poważnymi problemami ze wzwodem, a u nich przyspieszonym starzeniem skóry. Dosyć popularny jest dowcip o mężczyźnie, który prosi w kiosku o papierosy wywołujące raka, nie chce zaś tych, które grożą impotencją. U naszych wschodnich sąsiadów nie musiałby się narażać na śmiertelnie niebezpieczny nowotwór, wykpiłby się bowiem banalnymi zmarszczkami. Wychodzi więc na to, że w Rosji palenie jest mniej szkodliwe niż w Polsce. Może to zasługa surowego, kontynentalnego klimatu? A może choroby wywoływane przez dym tytoniowy nie mają czasu aby się u Rosjan porządnie rozwinąć, gdyż tych wcześniej zabija wódka?

Ars Serviendi MMXI

Ars Serviendi

Zapraszamy na III edycję Ars Serviendi, rekolekcji i warsztatów, które mają na celu przybliżenie się i wejście w głąb liturgii w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, tzw. trydenckiej, oraz  poznanie tajników śpiewu chorału gregoriańskiego.
   Kardynał Ratzinger – Benedykt XVI w swojej książce Duch liturgii pisze: Dla liturgii rzeczą zasadniczą jest „ustanowienie”. Liturgia nie może wypływać z naszej fantazji bądź kreatywności, gdyż wówczas pozostała by wołaniem pozbawionym odzewu lub też byłaby jedynie samopotwierdzeniem. Zakłada ona konkretną „drugą Osobę”, która ukazuje się nam i wytycza kierunek naszemu życiu. Podczas tygodniowego spotkania spróbujemy przyglądnąć się właściwemu kultowi jaki Bogu się należy, żeby liturgia nie był naszym własnym samouwielbieniem. W różnych bowiem ceremoniach musimy dostrzegać Jego obecność, czasem zdarza się nam, że w „zabieganiu liturgicznym” stawiamy Go na drugim miejscu. Rzeczy błahe przybierają najwyższą rangę. Spróbujemy zatem tak nauczyć się przeżywać liturgię, żeby ona nie była, jak pisze dalej Ratzinger, …kultem w którym ostatecznie nie chodzi o Boga (…) w takim wypadku liturgia rzeczywiście staje się pustą grą, lub co gorsza może prowadzić do odejścia od Boga Żywego.
   Konstytucja o liturgii Sacrosanctum Concilium uchwalona przez Sobór Watykański II w 116 punkcie mówi: Śpiew gregoriański Kościół uznaje za własny śpiew liturgii rzymskiej. Dlatego w czynnościach liturgicznych powinien zajmować on pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu. Dlatego kolejnym ważnym punktem Ars Serviendi są warsztaty ze śpiewu chorału gregoriańskiego. Będą prowadzone przez Benedyktynów z Tyńca, ośrodka który znany jest w całej Polsce z promowania kultury muzycznej, w tym chorału.
   Zainteresowani będą mogli nauczyć się służyć do poszczególnych Mszy św. i nabożeństw, a także rozwinąć już posiadane umiejętności. Klerycy i księża będą mogli dowiedzieć się więcej na temat posługi subdiakona i diakona oraz nauczyć się odprawiania w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. Dla żeńskiej części uczestników przewidziane są dodatkowe zajęcia z emisji głosu i śpiewu.
   Rekolekcje z warsztatami odbędą się w dniach 22 – 29 lipca 2011r. w ośrodku Grup Apostolskich, położonym w malowniczej górskiej miejscowości – Bukowinie Tatrzańskiej.

W programie m.in.:
– Codzienna Msza św. sprawowana wg. mszału Jana XXIII z 1962 r.
– Warsztaty Chorału Gregoriańskiego prowadzone przez Benedyktynów z Tyńca
– Nauka służenia do poszczególnych Mszy św. oraz Nieszporów
– Liturgia godzin
– Konferencje
– Msza Św. Pontyfikalna na zakończenie rekolekcji

Koszt udziału: 350 zł (nocleg + wyżywienie)
Rozpoczęcie zapisów od 11 kwietnia 2011.

Zapisy:
Warunkiem zapisu jest przelanie na konto fundacji Constitues Eos pełnej kwoty za rekolekcje (350 zł), oraz przesłanie na adres e-mail: ars.serviendi@gmail.com swoich danych osobowych (imię, nazwisko, adres zamieszkania, diecezja, telefon kontaktowy i PESEL). Można tam również nadsyłać ewentualne zapytania.

Constitues Eos
ul. Kraszewskiego 32/5
30-110 Kraków
tel. 12 – 427 – 00 – 59
Numer konta bankowego:
33 1540 1115 2111 6011 8561 0001
(Bank Ochrony Środowiska)
W tytule proszę wpisać:
AS Imię i nazwisko

Więcej informacji na stronach
www.fssp.pl/ars.serviendi
www.facebook.com/ars.serviendi

Organizatorzy:
 – Bractwo Kapłańskie Św. Piotra
 – Grupy Apostolskie – Ruch Apostolstwa Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej
 – Fundacja Constitues Eos

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij