16 lipca bieżącego roku odbył się w Zielonej Górze kolejny Festiwal Piosenki Rosyjskiej. Towarzyszyła mu atmosfera polityczno-kibicowskich przepychanek. Zdominowanym przez SLD władzom miasta zarzucono, że impreza ta jest hołdem dla Włodzimierza Putina. Szczególną aktywność w podnoszeniu tych i innych zarzutów przejawiali kibice żużlowej drużyny Falubazu Zielona Góra, rozgoryczeni faktem, że miasto sponsoruje festiwal, a nie ich klub. Ja jednak, chociaż zarówno SLD, jak i Putina nie cierpię jak morowej zarazy, to mimo to uważam, nie tylko w tym przypadku, ale generalnie, że skoro już samorządy muszą coś sponsorować (lepiej żeby nic nie sponsorowały, ale pobierały niższe podatki) to niech to będzie festiwal, a nie klub. Sport zawodowy jest bowiem zwyczajnym biznesem, a ten nie powinien być dotowany ani przez państwo, ani przez samorządy. Kluby sportowe powinny się utrzymywać same, podobnie jak to czynią inne przedsiębiorstwa. Kultura natomiast potrzebuje mecenatu. Lepszy byłby oczywiście prywatny, jak w starych, dobrych, przedrewolucyjnych czasach, ale w dzisiejszej zepsutej i zlaicyzowanej epoce od wielkiej biedy ścierpieć można także państwowy, lub samorządowy.
Przejdźmy jednak do najważniejszego, czyli do oceny artystycznych walorów samego festiwalu. Prezentował on poziom zadowalający, choć nie powalający. Nie było na nim ani olśniewających rewelacyj ani też, poza jednym przypadkiem, totalnych wpadek. Wiele jednak do życzenia pozostawiają wyniki festiwalu. Wygrali bowiem nie ci, którzy najlepiej śpiewali, ale ci którzy mają największą ilość fanów. Tak się niestety dzieje zawsze, gdy stosuje się d…kratyczne głosowanie audiociele. Tak więc Złoty Samowar otrzymał Krzysztof Respondek, który śpiewał może i nieźle, ale piosenkę miał nieciekawą. Srebrny powędrował do Stachurskyego i to jest chyba największe nieporozumienie. Ten wokalista był bowiem najsłabszym wykonawcą na tym festiwalu. Nie tylko fatalnie wybrał sobie piosenkę („Biełyje rozy” – szczyt popeliny i kiczu), ale też fatalnie ją zinterpretował, bez cienia polotu, inwencji, czy własnego wyrazu. To właśnie jego miałem na myśli, pisząc wyżej o totalnej wpadce. Jedynie laureatka Brązowego Samowaru Sylwia Grzeszczak zasłużyła na swoją nagrodę. Zarówno dobór piosenki, jak i wykonanie, były w jej przypadku bliskie doskonałości. Warto się bliżej przyjrzeć tej młodej wokalistce, bo może ona jeszcze wiele osiągnąć, o ile tylko będzie miała wartościowy repertuar. Na nagrodę moim zdaniem zasługiwali jeszcze: „Poparzeni Kawą Trzy”, zielonogórski zespół z „Bitwy na głosy” i Sonia Bohosiewicz, ale esemesujący tłum tego nie dostrzegł, bo wykonawcy ci nie są wystarczająco sławni. Oczywiście, pisząc o nagrodzie na którą zasługiwali mam na myśli tylko ich występy w czasie rzeczonego festiwalu. Całokształt repertuaru niektórych z wymienionych twórców zasługuje bowiem na coś zupełnie innego niż nagroda. Ale to już zupełnie inna historia.
Skoro wspomniałem już o tych, którzy nie zasłużyli na nagrodę, a ją otrzymali, o tych, którzy zasłużyli i otrzymali, a także o tych, którzy choć zasłużyli , musieli odejść z kwitkiem, to dla porządku wspomnieć należy jeszcze o tych, którzy na nagrodę nie zasłużyli i jej nie dostali. Reprezentatywnym przedstawicielem tej grupy jest zespół „Plateau”, który wręcz koncertowo zepsuł piosnkę Bułata Okudżawy „Tri ljubwi” znaną też jako „Piosenka o o moim życiu”. Oryginalnie jest to utwór poważny, smutny i głęboko refleksyjny. Jego tekst traktuje o wielkich ludzkich tragediach, tak jednostkowych, jak też globalnych. Polscy wykonawcy postawili jednak na aranżację kabaretową, wesołkowatą, wręcz prześmiewczą. Wokalista w pajacowatym stroju , z uśmiechem na ustach, wesołym głosem i w żwawym tempie śpiewał że „trzecia wojna to moja wina”, a „trzecie kłamstwo jest ciemniejsze od nocy i straszniejsze od wojny”. Brzmiało to jak złośliwa kpina z opisywanych w utworze tragedyj. Skoro muzycy ci zdecydowali się na przyjęcie takiej właśnie konwencji, to mam dla nich propozycję. Niechaj nagrają płytę z wesołkowatymi interpretacjami takich utworów jak „Pożegnanie ojczyzny” Ogińskiego, „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana”, „Ludu mój ludu”, „Pie Jesu”, czy „W mogile ciemnej”. Ciekawe, jak przyjmą to słuchacze.
Ogólnie rzecz biorąc festiwal zielonogórski jest imprezą wartościową, pożyteczną i potrzebną. Dziwie się nieco tym, którzy tego nie potrafią dostrzec. Bardzo bowiem niemądre jest przenoszenie niechęci do rosyjskiej polityki na rosyjską kulturę. Bo chociaż polityka rosyjska, zwłaszcza wobec Polski, jest od wieków wyjątkowo paskudna, to rosyjska kultura z kolei jest niezwykle bogata, dlatego naprawdę nie warto wylewać dziecka z kąpielą. Festiwal bezwzględnie powinien odbywać się nadal, jednak aby reprezentować odpowiedni poziom, musi koniecznie zmienić sposób wyłaniania zwycięzców. Metody demokratyczne przynoszą kiepskie rezultaty, tak w polityce, jak i w kulturze. Audiotele promuje znane miernoty, sekuje zaś twórców naprawdę wartościowych. Gdy ta tendencja się utrwali, owi twórcy wartościowi przestaną na taki festiwal przyjeżdżać, co doprowadzi do znacznego obniżenia jego rangi, a być może nawet do jego upadku. Rozwiązaniem mogłoby być przyznawanie podwójnego kompletu nagród, jak to jest praktykowane na wielu innych festiwalach. Profesjonalne jury honorowałoby wartościowych artystów, a komórkowi klikacze od audiotele honorowaliby, jak dotąd, popularnych celebrytów bez talentu, pomysłu i polotu. Wilk będzie syty i owca cała.