
„Gazecie Wyborczej” nie można wierzyć nawet wtedy, gdy pisze o ziołach. W piątek ósmego lipca bieżącego roku ukazał się w niej artykuł Ireny Cieślińskiej zatytułowany „Zioła – jak leczą, to leczą”. Opiera się on o jak najsłuszniejsza tezę, że zioła nie tylko leczą, ale też mogą szkodzić i to poważnie. Autorka dowodzi jednak owej tezy w sposób, delikatnie mówiąc, daleki od doskonałości. Artykuł bowiem roi się od poważnych błędów.
Już w pierwszym zdaniu, tam gdzie powinien być kozłek lekarski pojawia się jakiś nieznany botanice kozłak. No, ale to jeszcze można uznać za niegroźną i niewinną literówkę. Kiedy jednak autorka przytacza za anonimową i mało wiarygodną strona zielnik biz, ściągając zresztą jak leci i nie podając źródła, listę potencjalnie szkodliwych ziół nie tylko wymienia kolejne gatunki nieznane nauce (tutek czarny i paprotka słodka), ale także cały szereg roślin trujących, których od dziesiątków lat nie stosuje się ani w medycynie akademickiej, ani w ludowej (szalej, tojad). To już są błędy znacznie poważniejsze. W przypadku owego tutka, zapewne chodzi o lulka czarnego, stosowanego zresztą w lecznictwie tylko w postaciach wysokoprzetworzonych, przypadek paprotki słodkiej jest trudniejszy do rozszyfrowania, mogłoby bowiem chodzić o paprykę słodka, gdyby nie to, że jest ona warzywem i zalecenie unikania jej samodzielnego zbioru jest absurdalne. Korzystanie z takich źródeł jak wspomniana strona wymaga rozwagi i sprawdzenia danych w poważniejszych opracowaniach, na przykład w książkach naukowych, czego autorka najwyraźniej zaniedbała. Jak widać ściąganie nie popłaca, nie tylko w szkole, ale także w pracy dziennikarskiej.
Sporo błędów zawiera też umieszczona pod właściwym tekstem tabelka z działaniami niepożądanymi popularnych ziół. Niegotowane owoce bzu czarnego, wbrew temu, co napisała Irena Cieślińska, nie są trujące, o ile tylko są w pełni dojrzałe i nie spożyje się ich bardzo dużo. Zjedzenie dużej ilości może wywołać łagodne przeczyszczenie, zaś owoców niedojrzałych poważniejsze zatrucie z wymiotami. Trzeba jednak pamiętać, że w dużych ilościach szkodliwy jest każdy produkt spożywczy, nie tylko owoc bzu. „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę” powiadał Paracelsus i maksyma ta, pomimo upływu setek lat, nic nie straciła ze swojej aktualności. Tego jednak, co w zazwyczaj spożywanych ilościach nie szkodzi, a tak jest z dojrzałymi owocami czarnego bzu, nie uznaje się za trujące. Niektórzy autorzy uznają te owoce za niejadalne, po części z powodu owych właściwości rozwalniających, po części zaś z powodu specyficznego smaku. Niejadalne to zdecydowanie nie to samo, co trujące. Nawet jednak jeśli uznajemy je za niejadalne, dotyczy to owoców surowych, nie zaś niegotowanych. Suszone w wysokiej temperaturze, smażone, czy zapiekane również są bez zastrzeżeń jadalne, choć niewątpliwie nie są ugotowane. Wbrew twierdzeniom autorki, zarówno kwiaty, jak i owoce głogu (w tekście nie sprecyzowano, o który surowiec chodzi) obniżają ciśnienie krwi łagodnie, nie zaś silnie i nie trzeba ich stosować pod nadzorem lekarza. Wręcz przeciwnie, wszystkie naukowe źródła są zgodne, że nawet długotrwałe ich stosowanie nie wiąże się z poważniejszymi działaniami ubocznymi, można je więc uznać, za bardzo bezpieczne. Warto przy tem zauważyć, że owoc głogu jest również surowcem spożywczym. Nawoływanie do kontroli lekarskiej nad spożywaniem głogowego dżemu, czy wina jest całkowicie pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Błędów w rzeczonym tekście jest jeszcze dużo więcej, nie ma jednak żadnej potrzeby zanudzania czytelnika ich szczegółową analizą. Te, które wymieniono wyżej wystarczają do stwierdzenia, że omawiany artykuł, mimo niewątpliwie szlachetnych intencyj autorki jest, z powodu jej ewidentnych braków wiedzy w przedmiotowym zakresie, pozbawiony większej wartości. Niestety nie koniec na tym, może on bowiem być także poważnie szkodliwy. Szkodzić może dwutorowo. Po pierwsze, osoby sceptyczne wobec ziół mogą utwierdzić się i zradykalizować w swoim sceptycyzmie, wielu pacjentów może też porzucić stosowanie pożytecznych dla nich surowców, na przykład owoców bzu i głogu, na skutek nieprawdziwych informacji o ich toksyczności czy szkodliwości. Z drugiej strony entuzjastyczni zwolennicy ziół mogą uznać, że skoro w artykule o potencjalnej szkodliwości leków roślinnych są tak poważne błędy (a większość z nich te błędy wychwyci, wie bowiem o ziołach więcej niż redaktor Cieślińska), to i sama teza o możliwej szkodliwości tego typu specyfików jest błędna. To zaś skutkować może zaniechaniem przez te osoby jakichkolwiek środków ostrożności przy terapiach ziołowych i na przykład zażywanie różnych podejrzanych specyfików niewiadomego pochodzenia. Obydwie te skrajne postawy, mogące się uaktywnić pod wpływem tak bałamutnego artykułu, stanowią poważne zagrożenie zdrowotne. Takie szkodliwe teksty w poważnej prasie nie powinny się ukazywać. Powszechnie jednak wiadomo, że „Gazeta Wyborcza” do poważnej prasy się nie zalicza.





