
Dnia szesnastego czerwca bieżącego roku odbył się na rybnickim rynku koncert zespołu Dzieci z Brodą. Wydarzenia tego oczekiwałem z dużym napięciem, albowiem twórczość członków koniakowskiej rodziny Brodów zawsze wzbudzała we mnie żywe pozytywne emocje. Pierwszym moim zetknięciem z przedstawicielem tego rodu był nieodżałowanej pamięci festiwal folkowy Tam gdzie biją źródła w Ustroniu na Równicy w 1997 roku. Józef Broda, ojciec Joszka, był na tym festiwalu konferansjerem. O polskiej sztuce konferansjerskiej nie mam zasadniczo zbyt wysokiego mniemania. Za konferansjerkę biorą się u nas zazwyczaj ludzie, którzy nie mają o niej zielonego pojęcia (vide Radosław Brzóska, czy Jan Karpiel Bułecka), tkwiąc w błędnym przekonaniu, że prowadzenie koncertów jest proste, dostępne dla każdego i zupełnie nie wymagające talentu, wiedzy i przygotowania. Niestety tacy ludzie zdominowali ten zawód i na koncertach popisują się chamstwem, wulgarnością i niewiedzą. Józef Broda, jako konferansjer jest całkowitym przeciwieństwem tych dyletantów. Doskonałe przygotowanie merytoryczne do występu jest w jego przypadku wsparte życiową mądrością i głęboką erudycją. Zapowiadanie zaś jest przeplatane śpiewem i grą na różnych instrumentach czy też parainstrumentach, dla przykładu na liściu. Z tak doskonałym zapowiadaniem koncertów nie spotkałem się nigdy wcześniej, a później już tylko raz, a mianowicie dwa lata później, na tym samym festiwalu i w tym samym wykonaniu. Bardzo też cenię sobie płytę „Jałmużna postna”, na której Józef i Joszko Brodowie wykonują tradycyjne pieśni postne i refleksyjne pieśni ludowe. Było to jedno z pierwszych w Polsce nagrań tego rodzaju repertuaru i dotąd pozostaje jednym z najlepszych. Równie interesująca była dla mnie indywidualna twórczość wokalna i instrumentalna Józefa Brody, a Joszkę ceniłem przedewszystkiem jako wszechstronnego muzyka sesyjnego, którego aktywność przyczynia się do znacznego zwiększenia atrakcyjności twórczości wielu artystów tworzących w bardzo różnych stylach muzycznych.
Dlatego też ze wspomnianym koncertem zespołu dziecięcego pod kierunkiem Joszka Brody wiązałem duże nadzieje. Niestety zostały one jednak na całej linii zawiedzione. Przykro to pisać, ale wszystko wskazuje na to, że Joszko Broda, delikatnie mówiąc, potraktował rybnicką publiczność mało poważnie. Po pierwsze, koncert rozpoczął się kilka minut przed terminem, co jest sporym nietaktem. Po drugie zespół śpiewał z tak zwanego półplaybacku, co jest, oczywiście, nietaktem jeszcze większym. Ja rozumiem, że trudno jest ciągać po kraju cały zespół instrumentalny, w sytuacji, gdy już się ciąga spory zespół wokalny, ale przynajmniej dwóch lub trzech instrumentalistów wypadałoby mieć, aby ów półplayback zamaskować. Ale to wszystko pikuś, przy trzecim, a zarazem najistotniejszym problemie, którym były kwestie repertuarowe. Zespół Dzieci z Brodą znany jest przedewszystkiem z wykonywania religijnego folku dziecięcego i takiego właśnie asortymentu muzycznego po tym koncercie oczekiwałem, nie był on wszak zapowiadany jako tematyczny, czy okolicznościowy. Zdziwiłem się więc niepomiernie, gdy na wstępie usłyszałem smętną piosnkę o Warszawie i płakaniu na melodię „Miasteczka Bełz”. Po niej nastąpiła wiązanka pieśni i piosenek patriotycznych, których tematyka ogniskowała się wokół Warszawy i umierania w boju za przegraną sprawę. Takie piosenki w wykonaniu dzieci nieodmiennie kojarzą mi się ze szkolnymi akademiami z czasów okupacji sowieckiej. Dopiero po jakimś tuzinie utworów zespół podjął repertuar, z którego jest powszechnie znany. Nie wiem, ile takich utworów wykonano, bo mój pięcioletni synek, któremu towarzyszyłem, nie jest w stanie wytrzymać zbyt długo w jednym miejscu i musieliśmy opuścić Rynek przed zakończeniem. Jeszcze bym rozumiał, gdyby był to koncert z okazji kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, ale na Dniach Rybnika? Taki repertuar na święcie śląskiego miasta, przypomina mi anegdotyczną sytuację, której świadkiem byłem przed kilkunastoma laty:
W wiejskim kościółku na Górnym Śląsku, proboszcz odprawia Mszę za parafian poległych w czasie II Wojny Światowej. Po Mszy mówi:
-Na zakończenie zaśpiewamy Boże coś Po… – w tym momencie urywa, reflektując się, że wysoce nie na miejscu byłoby śpiewać „Boże coś Polskę” na Mszy za poległych, których znakomita większość zginęła w mundurze Wehrmachtu na froncie wschodnim. Po chwili wahania podejmuje- …zaśpiewamy „Salve Regina”.
Kto jak kto, ale pochodzący z Koniakowa Joszko Broda, powinien wykazać się większym wyczuciem delikatnej sytuacji historyczno-kulturowej Górnego Śląska i nie zachowywać się jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany.