Gotyk w Darłowie

Jerzy Darłowo

Jest w zasadzie regułą, że polskie miasta, które w późnym średniowieczu były przez okres dłuższy aniżeli jedno pokolenie stolicami mniejszych lub większych księstw, obfitują w zabytki architektury gotyckiej. Tak jest w stolicy mojego rodzinnego księstwa – Raciborzu, tak jest w moim ukochanym Cieszynie, tak też jest w nadmorskim Darłowie u ujścia rzeki Wieprzy, w którym spędziłem ze swoją rodziną dwa sierpniowe tygodnie. Oprócz omówionego już w odrębnym tekście Zamku Książąt Pomorskich i fragmentu murów miejskich z Bramą Kamienną znaną również jako Wysoka, są to zabytki architektury sakralnej: Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zwany także mariackim, kościół Świętego Jerzego, leżący za Wieprzą i przycmentarny kościół Świętej Gertrudy. Szczególnie interesujący jest ten ostatni, przynależy bowiem do niezwykle w Polsce rzadkiej skandynawskiej odmiany gotyku. Zbudowany pod koniec XV wieku, przez kilka wieków służył luteranom, następnie przez dziesięciolecia stał pusty, by w końcu, u schyłku XX stulecia, powrócić do kultu katolickiego. Jednonawowy, nie większy od poprzedniego, kościół pod wezwaniem Świętego Jerzego, zbudowano w XV poza murami miasta i początkowo służył on szpitalowi zakaźnemu. Jest to sytuacja analogiczna z Cieszynem, gdzie również istnieje niewielki kościół gotycki pod wezwaniem Świętego Jerzego, zbudowany w XV poza murami miasta, który początkowo służył  szpitalowi zakaźnemu. Najbardziej okazałą świątynią gotycką w Darłowie jest Kościół Mariacki , zbudowany w XIV stuleciu. Na szczególną uwagę w tej świątyni o konstrukcji trójnawowej bazyliki zasługują grób króla Eryka i barokowa, pięknie rzeźbiona ambona drewniana z I połowy XVII wieku. Darłowskie kościoły gotyckie pięknie ukazują wewnętrzne zróżnicowanie tego stylu w architekturze.

Gertruda Darłowo

Mariacki Darłowo

Organowo i kameralnie w Rybniku

Prawie na zakończenie cyklu festiwalowego zapraszam Państwa na imprezę kulturalną organizowana w moim mieście. Rozmaitych festiwali muzycznych i pokrewnych organizuje sie w ciągu roku w Rybniku co najmniej kilkanaście (nie licząc imprez lokalnych). Do najbardziej interesujących należą jesienne Dni Muzyki Organowej i Kameralnej, o których dzisiaj właśnie postanowiłem napisać. W tym roku, podobnie jak w ubiegłym, a w odróżnieniu od lat wcześniejszych, program w internecie pojawił się stosunkowo szybko, szkoda tylko, że tak zdawkowy. Wiadomo z niego bowiem, kto będzie grał, ale już nie co będzie grane. Jak zwykle na tej imprezie, obok czołowych wykonawców lokalnych, pojawią się ciekawi goście z zagranicy. Szkoda tylko, ze gdzieś tak od trzech lat, nie ma juz na imprezie gwiazd tej rangi, co niegdyś.  A oto program za stroną Rybnickiego Centrum Kultury, organizatora festiwalu:

rybnik

 

 

Subiektywna relacja z koncertu "Dzieci z Brodą" w Rybniku

Broda

Dnia szesnastego czerwca bieżącego roku odbył się na rybnickim rynku koncert zespołu Dzieci z Brodą. Wydarzenia tego oczekiwałem z dużym napięciem, albowiem twórczość członków koniakowskiej  rodziny Brodów zawsze wzbudzała we mnie żywe pozytywne emocje. Pierwszym moim zetknięciem z przedstawicielem tego rodu był nieodżałowanej pamięci festiwal folkowy Tam gdzie biją źródła w Ustroniu na Równicy w 1997 roku. Józef Broda, ojciec Joszka, był na tym festiwalu konferansjerem. O polskiej sztuce konferansjerskiej nie mam zasadniczo zbyt wysokiego mniemania. Za konferansjerkę biorą się u nas zazwyczaj ludzie, którzy nie mają o niej zielonego pojęcia (vide Radosław Brzóska, czy Jan Karpiel Bułecka), tkwiąc w błędnym przekonaniu, że prowadzenie koncertów jest proste, dostępne dla każdego i zupełnie nie wymagające talentu, wiedzy i przygotowania. Niestety tacy ludzie zdominowali ten zawód i na koncertach popisują się chamstwem, wulgarnością i niewiedzą. Józef Broda, jako konferansjer jest całkowitym przeciwieństwem tych dyletantów. Doskonałe przygotowanie merytoryczne do występu jest w jego przypadku wsparte życiową mądrością i głęboką erudycją. Zapowiadanie zaś jest przeplatane śpiewem i grą na różnych instrumentach czy też parainstrumentach, dla przykładu na liściu.  Z tak doskonałym zapowiadaniem koncertów nie spotkałem się nigdy wcześniej, a później już tylko raz, a mianowicie dwa lata później, na tym samym festiwalu i w tym samym wykonaniu. Bardzo też cenię sobie płytę „Jałmużna postna”, na której Józef i Joszko Brodowie wykonują tradycyjne pieśni postne i refleksyjne pieśni ludowe. Było to jedno z pierwszych w Polsce nagrań tego rodzaju repertuaru i dotąd pozostaje jednym z najlepszych. Równie interesująca była dla mnie indywidualna twórczość wokalna i instrumentalna Józefa Brody, a Joszkę ceniłem przedewszystkiem jako wszechstronnego muzyka sesyjnego, którego aktywność przyczynia się do znacznego  zwiększenia atrakcyjności twórczości wielu artystów tworzących w bardzo różnych stylach muzycznych.

 

Dlatego też ze wspomnianym koncertem zespołu dziecięcego pod kierunkiem Joszka Brody wiązałem duże nadzieje. Niestety zostały one jednak na całej linii zawiedzione. Przykro to pisać, ale wszystko wskazuje na to, że Joszko Broda, delikatnie mówiąc,  potraktował rybnicką publiczność mało poważnie. Po pierwsze, koncert rozpoczął się kilka minut przed terminem, co jest sporym nietaktem. Po drugie zespół śpiewał z tak zwanego półplaybacku, co jest, oczywiście, nietaktem jeszcze większym. Ja rozumiem, że trudno jest ciągać po kraju cały zespół instrumentalny, w sytuacji, gdy już się ciąga spory zespół wokalny, ale przynajmniej dwóch lub trzech instrumentalistów wypadałoby mieć, aby ów półplayback zamaskować. Ale to wszystko pikuś, przy trzecim, a zarazem najistotniejszym problemie, którym były kwestie repertuarowe. Zespół Dzieci z Brodą znany jest przedewszystkiem  z wykonywania religijnego folku dziecięcego i takiego właśnie asortymentu muzycznego  po tym koncercie oczekiwałem, nie był on wszak zapowiadany jako tematyczny, czy okolicznościowy. Zdziwiłem się więc niepomiernie, gdy na wstępie usłyszałem smętną piosnkę o Warszawie i płakaniu na melodię „Miasteczka Bełz”. Po niej nastąpiła wiązanka pieśni i piosenek patriotycznych, których tematyka ogniskowała się wokół Warszawy i umierania w boju za przegraną sprawę. Takie piosenki w wykonaniu dzieci nieodmiennie kojarzą mi się ze szkolnymi akademiami z czasów okupacji sowieckiej. Dopiero po jakimś tuzinie utworów zespół podjął repertuar, z którego jest powszechnie znany. Nie wiem, ile takich utworów wykonano, bo mój pięcioletni synek, któremu towarzyszyłem, nie jest w stanie wytrzymać zbyt długo w jednym miejscu i musieliśmy opuścić Rynek przed zakończeniem. Jeszcze bym rozumiał, gdyby był to koncert z okazji kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, ale na Dniach Rybnika? Taki repertuar na święcie śląskiego miasta, przypomina mi anegdotyczną sytuację, której świadkiem byłem przed kilkunastoma laty:

W wiejskim kościółku na Górnym Śląsku, proboszcz odprawia Mszę za parafian poległych w czasie II Wojny Światowej. Po Mszy mówi:

-Na zakończenie zaśpiewamy Boże coś Po… – w tym momencie urywa, reflektując się, że wysoce nie na miejscu byłoby śpiewać „Boże coś Polskę” na Mszy za poległych, których znakomita większość zginęła w mundurze Wehrmachtu na froncie wschodnim. Po chwili wahania podejmuje- …zaśpiewamy „Salve Regina”.

 

Kto jak kto, ale pochodzący z Koniakowa Joszko Broda, powinien wykazać się większym wyczuciem delikatnej sytuacji historyczno-kulturowej Górnego Śląska i nie zachowywać się jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany.

Zamek w Darłowie

zamek

Zamek Książąt Pomorskich w Darłowie jest bez wątpienia bardzo interesującym obiektem muzealnym. Sprawia to już jego historia. Rzadko się bowiem zdarza zamek leżący w jednym kraju, na którym żywota dokonał władca innego kraju, a tak jest w tym przypadku. W XV wieku Darłowo było stolicą jednego z księstw pomorskich, luźno związanych z Niemcami, a w połowie tegoż stulecia mieszkał przez dziesięć lat na darłowskim zamku Eryk Pomorski, były król Danii (jako Eryk VII), Szwecji (jako Eryk  XIII) i Norwegii (jako Eryk III).

 

Tak więc historia tego zamku jest fascynująca i już ona sama wystarcza do tego, aby był on wart odwiedzenia. Dodatkowym powodem po temu jest współczesna działalność muzealna prowadzona w tym obiekcie, która również jest bardzo interesująca. Jej fundamentem jest wystawa stała o charakterze historyczno-etnograficznym, poświęcona Darłowu i ziemi darłowskiej.  Najcenniejszym na niej eksponatem jest srebrny ołtarz darłowski, zbudowany w XVII stuleciu na zlecenie księcia Bogusława XIV, a do dziś zachowanego w formie szczątkowej, gdyż większość elementów srebrnych zrabowali Sowieci. Co ciekawe ołtarz przeznaczony był do kaplicy luterańskiej, a praktycznie nie różni się zasadniczo od współczesnych sobie ołtarzy katolickich, składają się bowiem nań liczne wizerunki w tym Matki Bożej i świętych.  Dowodzi to fałszywości obiegowej opinii o ikonoklastycznym charakterze luteranizmu. Bardzo interesujące są też, stosunkowo liczne, jak na lokalne muzeum, wystawy czasowe: „Secesja i Art Deco”, „Malarstwo Franciszka Starowieyskiego” i „Średniowieczne narzędzia tortur”, każda z nich jest niestety dodatkowo płatna. Wyjątkiem jest szeroko reklamowana wystawa dawnych zabawek dziecięcych, na którą wstęp jest wolny.  Nic w tym dziwnego, bo wystawa jest dosyć skromna, mieści się w jednej niedużej sali, a większość zgromadzonych zabawek, to drobne przedmioty, wyeksponowane w przeszklonych gablotach. Trochę mnie ta wystawa zawiodła, liczyłem bowiem na większy rozmach. Eksponaty pochodzą ze zbiorów następujących polskich muzeów: Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu, Muzeum Archeologicznego w Poznaniu, Muzeum Stargardzie,  Instytutu Prahistorii UAM oraz osób prywatnych. Szkoda, że nie sięgnięto do zasobów Muzeum Etnograficznego w Krakowie, które posiada ogromną kolekcję starych zabawek. Gdyby tak uczyniono, wystawa nie byłaby taka kameralna.

Uważam, że muzeum na zamku w Darłowie jest największą atrakcją tego miasta i wczasowicze, którzy spędzają swój urlop w jego nadmorskiej części, czyli Darłówku, a nie odwiedzają zamku, powinni uważać swój pobyt za rażąco niepełny. Muzeum to jednak ma, przy wszystkich swoich niewątpliwych zaletach, również jedną poważną wadę.  Mianowicie nadal pobiera się w nim, nielegalne w świetle najnowszych orzeczeń sądowych, opłaty za fotografowanie i filmowanie. Jako że zasadniczo unikam płacenia nielegalnych haraczy, opłaty owej również nie uiściłem, wskutek czego tekstu niniejszego nie wzbogaciły żadne fotografie wnętrz zamkowych. Na koniec dodam, ze darłowski zamek został zbudowany jako gotycki i zachował ten styl do dnia dzisiejszego.

wystawa

Jazz tradycyjny w Rybniku

Rybnik

Już czwarty rok prowadzę na moim głównym blogu cykl festiwalowy i, aby nie popaść w skostnienie, a także po to, by czynić go coraz lepszym, co jakiś czas dokonuję drobnych zmian w jego formule. Ostatnio przyglądałem się liście festiwali, które w jego ramach omawiam i zauważyłem na niej rażące dysproporcje. Po pierwsze, omawiam prawie wyłącznie festiwale muzyczne, zaniedbując inne dyscypliny kultury. To się zmieni, ale dopiero w przyszłym roku. Również w obrębie samej muzyki niektóre style, na przykład muzyka dawna, są bardzo dobrze reprezentowane, a inne, równie ważne nie tylko obiektywnie, ale również osobiście dla mnie, jak na przykład jazz, nie były obecne w ogóle. Czas to zmienić, dlatego dziś zapowiem rybnicki Festiwal Jazzu Tradycyjnego. Chociaż jazz klassyczny, czy też tradycyjny nie jest tym gatunkiem jazzu, który ja osobiście preferuję, wolę bowiem etno jazz, smooth jazz,  czy acid jazz, to chyba słusznym jest pisać najpierw o korzeniu, a dopiero potem o gałęziach.  Dodatkowo, nie bez znaczenia jest fakt, że Festiwal Jazzu Tradycyjnego odbywa się w moim rodzinnym Rybniku. Poniżej podaję szczegółowy program tej imprezy za stroną jej organizatora, Rybnickiego Centrum Kultury:

 

26. 08. 2010 godz. 16:00 Rynek

 

Parada muzyczna

South Silesian Brass Band (Polska)

 

28.08.2010 godz. 16:00 Estrada Kampus ul. Rudzka 13

 

Academic Jazz Band (Czechy)

Leliwa Jazz Band (Polska)

Vlado Vizar Revival & Traditional Jazz Band (Słowacja)

 

Po koncertach Jam Session

Prowadzenie: South Silesian Brass Band

Sala Kameralna RCK

 

29.08. 2010 godz. 16:00 Estrada Kampus ul. Rudzka 13

 

Enerjazzer (Polska)

Sincopa Jazz Band (Kolumbia)

 

Humanistyka z marketowego koszyka – Anegdoty żydowskie

anegdoty żydowskie

Książki, które omawiam w cyklu „Humanistyka z marketowego koszyka” można, jak już pisałem w jednym z poprzednich wpisów, z grubsza podzielić na źródła i opracowania. Książkę, którą chcę omówić dzisiaj, można zaliczyć do tych pierwszych. Zasadniczo anegdoty przynależą do folkloru, toteź zbiory anegdot mogą być niekiedy materiałem źródłowym do badań nad folklorem, tyle że pod pewnymi kondycjami.  Muszą być przedewszystkiem zaopatrzone w dodatkowe informacje, takie jak miejsce i czas zanotowania oraz dane informatora. Zebrane i opracowane przez Krzysztofa Żmudę „Anegdoty żydowskie” warunków tych nie spełniają, toteż źródłem dla folklorystyki być nie mogą. Natomiast z tej racji, że są utworem literackim, mocno osadzonym w kontekście kulturowym, są doskonałym materiałem dla antropologów literatury i wszystkich, którzy chcą poznać bliżej kulturę żydowską. Są też nieocenionym źródłem egzemplów dla publicystów i literatów, bo w końcu nie tylko kaznodzieje różnych wyznań potrzebują egzemplów.  W końcu są też tym, czym zapewne miały być w zamyśle autora i wydawcy, czyli lekkim czytadłem do pociągu. Przyjrzyjmy się jescze pokrótce tytułowi zbioru i jego zawartości. Anegdoty żydowskie można rozumieć bądź jako anegdoty opowiadające o Żydach lub żydach, bądź też jako anegdoty opowiadane przez Żydów lub żydów. Wszystkie utwory zamieszczone w omawianym zbiorze spełniają warunki pierwszej definicji, natomiast nie wszystkie spełniają kryteria drugiej. Anegdotom opowiadanym przez Żydów/żydów, towarzyszą tu anegdoty o Żydach/żydach (niektóre nawet nieco antysemickie) opowiadane przez przedstawicieli innych nacyj i religij, a nawet powierzchownie tylko zjudaizowane anegdoty, które szerzej znane są w wersjach nie traktujących o przedstawicielach ludu niegdyś wybranego.

Pierogi w Krakowie

Od kilku lat, w ramach mojego cyklu festiwalowego, opisywałem między innymi krakowski Festiwal Pierogów. Niegdyś była to jedna z najciekawszych imprez wakacyjnych w naszym kraju. Podkreślano na nim związek między pierogami, a świętym Jackiem Odrowążem, który jest patronem tej potrawy. Związek ten znajdował odzwierciedlenie między innymi w repertuarze koncertowym, w którym muzyce ludowej i folkowej, często o wybitnie ludycznym charakterze, towarzyszyły dawne utwory sakralne, nierzadko nawet liturgiczne. Była to więc niespotykana na inych imprezach harmonia sacrum i profanum. W ubiegłym roku festiwal ten popadł w głęboki kryzys, z którego dotąd nie wyszedł. Prawdobodobnie wiązało się to ze zmianami w gronie organizatorów. Zniknęły koncerty muzyki sakralnej i dawnej, a na ludowych i folkowych przestali się pojawiać znani wykonawcy. Zapaści artystycznej towarzyszy organizacyjna. Impreza nie ma własnej strony internetowej, a organizatorzy nie poczuwają się do obowiązku zamieszczenia z odpowiednim wyprzedzeniem na własnych stronach internetowych jej szczegółowego programu. Również i ja nie zamieszczę owego programu, z tej prostej przyczyny, że nie jest on mi znany, mimo, że prosiłem o niego mailem jednego z organizatorów. Wiem tylko tyle, że festiwal odbędzie się w dniach 13-15 sierpnia na Małym Rynku w Krakowie. Są to informacje zbyt skromne, abym mógł na ich podstawie zachęcać kogokolwiek do udziału w imprezie.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij