Myśmy rebelianci – De Press

De Press

Dosyć często w ostatnim czasie recenzuję płyty z muzyką patriotyczną. Myślę, że warto tę tematykę kontynuować, gdyż w ostatnich latach ukazało się w naszym kraju sporo wartościowych płyt tego rodzaju. Wielu znanych wykonawców  chętnie sięga po patriotyczny repertuar. Da się jednak zauważyć, że są utwory, a raczej grupy utworów wykonywane bardzo często (legionowe, z powstania warszawskiego), inne zaś niesłychanie rzadko. Do tych ostatnich należą pieśni i piosenki „żołnierzy wyklętych” przypomniane przez zespół De Press na płycie „Myśmy rebelianci” wydanej w 2009 roku. Bardzo się cieszę z faktu, że taka płyta w ogóle powstała. Piosenki, które się na niej znalazły, wcześniej były szerszym kręgom społecznym zupełnie nieznane. Zresztą są to utwory bardzo różne. Niektóre mają wymiar ogólnopolski, czy wręcz globalny, inne poruszają tematykę lokalną, czasem ograniczoną do jednego tylko oddziału partyzanckiego. Wszystkie te piosenki (a niektóre pochodzą z terenów zagarniętych przez Sowietów) nie tylko swoją treścią, ale także formą mówią wiele o ogólnej sytuacji podziemia niepodległościowego po wojnie zwłaszcza o ich trudnościach organizacyjnych. W porównaniu z pieśniami zorganizowanych, sporych sił wojskowych, takich jak Legiony Piłsudskiego, Armia Krajowa, czy  armia generała Andersa, widać sporą różnicę. Utwory tamtych formacyj są z reguły niezłe literacko i muzycznie, a zawsze przynajmiej poprawne literacko i harmonicznie. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż w szeregach tak dużych organizacyj zbrojnych, oraz na ich bezpośrednim zapleczu służyli ludzie wszystkich profesyj, w tym także liczni literaci i muzycy. Tymczasem część pieśni żołnierzy wyklętych jest pod względem językowo-literackim mocno nieporadna. Nie umniejsza to ich znaczenia, ani nie osłabia wymowy, ale niezbicie ukazuje, w jak niezwykle trudnej sytuacji przyszło działać tym oddziałom. Brakowało im rozległej struktury organizacyjnej, szerokiego zaplecza społecznego i wsparcia z zewnątrz, czyli rzeczy, które miały Armia Krajowa wcześniej i Solidarność później. Walka żołnierzy wyklętych była więc beznadziejna, a mimo to prowadzili ją do końca. To wszystko można usłyszeć w ich pieśniach, o ile tylko słucha się uważnie.  A mocne, rockowe aranżacje sprzyjają uważnemu słuchaniu. Omawiana płyta jest więc nie tylko wielkim dziełem sztuki muzycznej, ale także doskonałą lekcją najnowszej historii ojczystej.

Folk w Lublinie

 mikołajki

Jak juz pisałem wiosną, muzyka folk istnieje w naszym kraju od kilkudziesięciu lat. Szczególny rozwój, aczkolwiek niszowy i poza głównym obiegiem muzycznym odnotowała w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. W tym rozwoju niebagatelna rolę odegrały festiwale folkowe, z których najważniejszymi były Mikołajki Folkowe w Lublinie i dwie imprezy dziś już nie istniejące: Folkfiesta w Ząbkowicach Śląskich i Tam gdzie biją źródła na Równicy w Ustroniu. Pod koniec dekady dołączyła warszawska „Nowa Tradycja” organizowana przez Radiowe Centrum Kultury Ludowej.


 

W kolejnej dekadzie uformowała się nowa wielka trójca festiwali folkowych: lubelskie Mikołajki Folkowe, warszawska Nowa Tradycja i krakowskie „Rozstaje”. Ugruntowaniu się pozycji akurat tych trzech imprez sprzyja kalendarz. NT odbywa się wiosną, Rozstaje w lecie, a MF późną jesienią, a właściwie już zimą, nie ma więc przeszkód, a by fani folku mogli uczestniczyć we wszystkich nie uprawiać przy tym forsownych maratonów festiwalowych. O NT i Rozstajach już w tym roku pisałem, teraz pora na Mikołajki, którymi zamykam tegoroczny cykl festiwalowy. Jak zwykle poniżej program za stroną festiwalu:

20. MIKOŁAJKI FOLKOWE

ACK UMCS „Chatka Żaka” Lublin, Polska

Program Festiwalu
 

CZWARTEK, 9 GRUDNIA 2010

 

19.30-Koncert: Czarne Motyle (Polska)-SW, 10 zł

20.00-Wystawa „Ludowadła”-CF

20.30-Scena AD HOC: Człowiek-Ziemia (Polska)

         Miatlica (Białoruś/Polska)-CF

  

PIĄTEK, 10 GRUDNIA 2010

 

KLUB FESTIWALOWY

14.00-Pokaz filmów dokumentalnych ze zbiorów

        Mazowieckiego Centrum Kultury i Sztuki-MS

16.00-Warsztaty ozdób koralikowych-Sz

18.00-Wernisaż wystawy Tomasza Rolniaka „Fetysze”-MS

18.30-Kamienie są lekkie-Magurycz, grupa kamieniarzy-MS

20.00-Mam kicz (I runda)-otwarta wystawa tworzona przez

        uczestników Festiwalu-Sz

 

KONCERTY
15.00-Konkurs Scena Otwarta-SW, 5 zł

19.00-Scena pod Schodami: Kapela Stanisława

         Lewandowskiego z Brogowej i Kapela Trzcinicoki

         z Trzcinicy-hol, parter

20.30-Folk po Bandzie: Banda Dzeta (Litwa), Banda       

         (Słowacja)-AS, 15/20 zł

23.00-Folk Nocą: Klezmaholics (Polska)-AS, 10 zł

 

SOBOTA, 11 GRUDNIA 2010

 

KLUB FESTIWALOWY
10.00-Pchli Targ (SWAP)-MS

11.00-Warsztaty pieczenia korowaja-Sz

12.00-Przegląd Filmów Etnograficznych „Oczy i Obiektywy”-MS

12.00-Warsztaty wokalne: Grupa OVO-SC

13.00-Występ zespołu dziecięcego „Gwiazdy Czeczenii”-AS

15.30-Projekcja filmu You Deserve to Know-Fundacja Ekonomiczna Polska – Afryka Wschodnia-MS

16.00-Warszaty koronkarskie: Grupa OVO-SC

17.00-Spektakl Opowieści  Teremiszczańskie Uniwersytetu Powszechnego w Teremiskach
i spotkanie z  Katarzyną i Pawłem Winiarskimi, animatorami Uniwersytetu-AS

17.00-Mam kicz (finał)-otwarta wystawa tworzona przez

        uczestników Festiwalu-Sz

18.00-Promocja najnowszej książki Stefana Dardy Starzyzna-MS

 

KONCERTY
17.30-Scena pod Schodami: Kapela Zygmunta Jakubowskiego

         z Rudy Zajączkowskiej, Kapela „Opocznianka” z Woli

         Załężnej-hol, parter

  

19.00-Koncert Główny:  Auli (Łotwa), Cimbaliband (Węgry)

         Orkiestra św. Mikołaja (Polska), laureaci konkursu Scena       

        Otwarta-SW, 30/35 zł

01.0       -Folk Nocą: Trei Parale (Rumunia)-AS, 10 zł

 

 

NIEDZIELA, 12 GRUDNIA 2010

 

10.00-Śniadanie-hol, I piętro

 

KLUB FESTIWALOWY
11.00-Warsztaty dla dzieci: Dom Tańca w Warszawie-MS

12.00-Warsztaty garncarskie Piotra Skiby (cz. 1)-Sz

14.00-Warsztaty garncarskie Piotra Skiby (cz. 2)-Sz

14.00-Średniowiecze online: pokaz gry Ether Fields-MS

15.00-Prezentacja: Stowarzyszenie Hellas et Roma-MS

16.00-Suka biłgorajska. Śladami zapomnianego instrumentu –  MS

 

KONCERTY
18.00-Lubelskie. Tradycja-Inspiracja-Kompozycja: Chór Instytutu Muzyki WA UMCS, dyrygent prof. Zofia Bernatowicz, Janina Chmiel,
Zespół „Jarzębina” z Kocudzy, Kapela Butrynów i Kapela Stanisława Głaza.
Kierownictwo muzyczne: Rafał Rozmus.
Koncert prowadzi Remigiusz Hanaj-SW, 15/20 zł

20.00 HelloFolks!: Litvintroll (Białoruś), Pipes and Pints, (Czechy)-AS, 10/15 zł

 

Festiwalowi towarzyszy wystawa „Pożegnanie taboru” Andrzeja Polakowskiego.

 

Cena karnetu na wszystkie wydarzenia festiwalu: 80 zł
 

Bilety i karnety można kupować w kasie Chatki Żaka w tygodniu poprzedzającym festiwal (6-8 grudnia) w godz. 15.00-19.00,
zaś w czasie festiwalu kasa będzie czynna na godzinę przed koncertami.

Podczas trwania festiwalu możliwa będzie telefoniczna rezerwacja biletów i karnetów w
kasie pod nr telefonu 081 533 32 01 w. 122.

Rezerwacja internetowa biletów i karnetów

Internetowa rezerwacja noclegów

 

    Legenda: SW -Sala Widowiskowa; MS -Mała Scena; AS – Art Studio; Sz – Sala Szklana (parter); SC – Sala Czarna; CF -Czarne Foyer.    
Karnet + CD gratis-80 zł.
Sprzedaż  biletów: kasa ;Chatki Żaka 6-8 grudnia, w godz. 15.00-19.00 oraz w czasie festiwalu na godzinę przed koncertami.
Na warsztaty obowiązują bezpłatne wejściówki dostępne w kasie od 9 grudnia.   

 
Transmisja internetowa ; http://www.itvl.pl/
Honorowy Patronat Prezydenta Miasta Lublin 

 
Organizatorem Festiwalu jest Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
Współorganizator: Stowarzyszenie Animatorów Ruchu Folkowego

 

„Różyczkai recenzja nieco spóźniona

Obecnie, kiedy filmów w Polsce kręci się naprawdę dużo, bo około osiemdziesięciu rocznie, rzadko który zyskuje ogólnokrajowy rozgłos. Przydarza się on przedewszystkiem tym produkcjom, wokół których wybucha jakiś mniejszy, lub większy skandal. Tak  właśnie jest z filmem Jana Kidawy-Błońskiego „Różyczka” opowiadającym o pisarzu i nasłanej nań przez SB agentce, w której ów się zakochuje, a następnie się z nią żeni, wszystko zaś dzieje się w latach 1967-68. Przed premierą głośno spekulowano, że pierwowzorem głównego bohatera jest znany eseista, który rzeczywiście mniej więcej w tym samym czasie pojął za żonę szpiegującą go agentkę. Spekulacyj tych zabroniła córka tegoż eseisty, która zagroziła sądem każdemu, kto użyje nazwiska jej ojca w kontekście tego filmu. Nie mając ochoty na włóczenie się po sądach, będę więc w niniejszej pracy zwać owego eseistę Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Po kilkukrotnym obejrzeniu filmu nie mam wątpliwości, że nie ukazuje on Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ani żadnego innego rzeczywiście istniejącego pisarza, ale hybrydową postać złożoną z cech kilku takowych. Najwięcej elementów składowych bohatera, choć bynajmniej nie większość, zaczerpnięto od Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, sporo od Jerzego Zawieyskiego, pojedyncze od Stefana Kisielewskiego i innych. Rzecz znamienna, ks. Andrzej Luter, w swojej obszernej recenzji na łamach miesięcznika Kino, starannie ich wszystkich wymieniając, Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać pomija: „Bohater filmu, zagrany majestatycznie przez Andrzeja Seweryna, to także Jerzy Zawieyski, Stefan Kisielewski, może także Władysław Bartoszewski albo Andrzej Kijowski.” Użyte w tym zdaniu, przed wyliczeniem nazwisk, słowo „także”, sugeruje jednak, że w pierwotnej wersji tego tekstu wzmianka o Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać była, ale przed publikacją została usunięta, bądź to przez autora, bądź też przez redakcję. Jak widaćpublicyści o głośnych nazwiskach też nie tęsknią za włóczęgą po sądowych korytarzach. Jednak w świadomości przeciętnego odbiorcy film ten nadal funkcjonuje jako opowiadający o Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Działania córki pisarza  nie tylko nie osłabiły tych skojarzeń, ale wręcz przeciwnie, doprowadziły do ich znacznego wzmocnienia, jak to zresztą zwykle w tego rodzaju przypadkach bywa.

 

Przejdźmy jednak do samego filmu. Jako, że w prasie różnego rodzaju napisano już o nim dużo, chciałbym się skupić raczej na tym, czego jeszcze nie napisano. W szkicowaniu charakterów moralnych poszczególnych postaci wykorzystano paletę barw z arsenału postmodernizmu. Jest tu więc obecna czerń i wiele odcieni szarości, ale nie ma bieli. Są oczywiście postacie sympatyczne, z głównym bohaterem na czele, nie ma jednak takich, które mogą stanowić wzór do naśladowania. Rzecz znamienna jednak, że czarnymi charakterami są tu wyłącznie wszyscy bez wyjątku „antysemici”. Nie ma tu czarnego charakteru, który nie byłby „antysemitą”, nie ma też „antysemity”, który nie byłby czarnym charakterem. I słusznie jest to tak uwypuklone, bo i w dzisiejszych czasach trzeba piętnować odradzającą się hydrę antysemityzmu. Postmodernistyczny charakter tego filmu ujawnia się również w wyraźnie widocznej predylekcji jego twórców do wieloznaczności. „Różyczka”, pseudonim operacyjny rzeczonej agentki, to słowo o dwóch krańcowo różnych znaczeniach – z jednej strony to piękny, choć niepozbawiony kolców, kwiat, z drugiej zaś niezbyt przyjemna choroba. Złożony charakter bohaterki obdarzonej tym kryptonimem, w znacznym stopniu wyczerpuje obydwa znaczenia tego słowa. Jej uroda i sexapil, jak urok czarodziejskiego kwiatu, bez trudu rozpalały mężczyzn najróżniejszego autoramentu: wyrafinowanego intelektualistę z ogromnym doświadczeniem życiowym, prostego ubeka z bokserską przeszłością i wulgarnego, pijanego chama w kawiarni. Jednocześnie zaś, jak na groźną zarazę przystało, sieje ona ogromne, niekiedy śmiertelne, spustoszenie wśród tych, z którymi ma bliższy kontakt. W filmie tym zresztą można by bez końca wyszukiwać tego rodzaju ukryte sensy, podteksty, konteksty, smaczki i niuanse. Lepiej jednak będzie gros tych poszukiwań pozostawić widzowi, aniżeli podawać wszystko na tacy, w tekście, który z założenia miał być recenzją, a nie przewodnikiem po filmie.

 

A recenzja to przedewszystkiem ocena, trzeba więc na koniec ten film jakoś ocenić. Oczywiście, już w tych wszystkich moich wywodach pomieszczonych wyżej są zawarte i rozproszone oceny, ale aby rzecz klarowną była, warto zrobić małe podsumowanie. Nie jest to zły film, ale daleko mu też do arcydzieła. Aktorzy dobrani są właściwie, grają bardzo przekonywająco. Akcja wciąga i przekonuje. Jest, jak już to wskazałem pewne przegięcie propagandowe, ale nie drastyczne. Trzeba pamiętać, że mimo wszystko, jest to fikcja, a nie dokument historyczny i nie musi ściśle odpowiadać historycznej prawdzie.

Spieszyć, czy śpieszyć?

Lubię pisać notki blogowe zainspirowane komentarzami, często krytycznymi, umieszczonymi pod poprzednimi moimi wpisami. Sam nie wiem, dlaczego tak jest. Być może dlatego, że lubię dyskutować, a wpisy tego rodzaju wnoszą do mojego blogowania elementy swego rodzaju dyskusji. Ostatnimi czasy na moim blogu na salonie24, pod wpisem „Pośpiech, czy opieszałość?” pojawił się komentarz niejakiego Wani o treści następującej: „Pospiech, pospieszny, pospieszyć. Polska języka, trudna języka.” Istotnie, trudna. Dla Wani za trudna.

 

Zajrzyjmy do Słownika Języka Polskiego PWN,  który jest w tej materii źródłem najbardziej miarodajnym. Dla Wani za trudna. Słowo „pospiech” w języku polskim nie istnieje. Jedyną dopuszczalną formą jest użyty przeze mnie „pośpiech„. Bardziej skomplikowana sprawa jest z „pospiesznym” i „pospieszyć„. W tym przypadku prawidłowe są zarówno te formy, jak też alternatywne „pośpieszny” i „pośpieszyć„.

 

 

Czy jednak to, że obydwie są prawidłówe, znaczy automatycznie, że obydwie są równie dobre? A co to w ogóle  znaczy, że słowo jest dobre, albo złe? Podstawowym kryterium jest funkcjonalność. Dobre słowo to użyteczne słowo. Co decyduje o użyteczności słów. Moim zdaniem jednym z jej najważniejszych aspektów jest jednoznaczność. Oczywiście są sytuacje, gdy to wieloznaczność jest pożądana, dla przykładu w poezji, gdyby była zupełnie nieprzydatna, to by się nie wykształciła, ale w mowie codziennej to jednoznaczność ma o wiele więcej zalet. Spróbujmy więc przyjrzeć się obydwu formom pod kątem jednoznaczności. Najlepiej to uczynić analizując podstawowe czasowniki od których pochodzą te wszystkie słowa, a więc odpowiednio „spieszyć” i „śpieszyć”. Sięgnijmy w tym celu do wspomnianego już Słownika Języka Polskiego PWN. Słowo „spieszyć” ma dwa znaczenia: „1.szybko iść lub jechać dokądś. 2. zrobić coś tak szybko, jak to jest możliwe” i „uczynić kogoś pieszym, każąc mu zsiąść z konia lub wysiąść z pojazdu mechanicznego „, słowo „śpieszyć” zaś tylko jedno – ” 1.szybko iść lub jechać dokądś. 2. zrobić coś tak szybko, jak to jest możliwe”. Analogicznie dla strony zwrotnej, „spieszyć się” ma dwa znaczenia: „1.szybko coś robić 2.mieć mało czasu na coś 3.o zegarze: wskazywać godzinę późniejszą, niż jest w rzeczywistości ” i „o żołnierzu: zsiąść z konia lub wysiąść z pojazdu mechanicznego”, zaś „śpieszyć się” tylko jedno – ” 1.szybko coś robić 2.mieć mało czasu na coś 3.o zegarze: wskazywać godzinę późniejszą, niż jest w rzeczywistości”. Formy zaczynające się od litery „ś” są więc bardziej jednoznaczne, a w konsekwencji pod tym względem lepsze.

Wspomnienie o Janie Rumplu

Ósmego listopada bieżącego roku zmarł w Skierniewicach profesor Jan Rumpel, mój stryj, a zarazem nieformalny lider rodu Rumplów. Był długoletnim kierownikiem Zakładu Warzywnictwa Gruntowego w Instytucie Warzywnictwa w Skierniewicach. Napisał wiele książek z dziedziny warzywnictwa, z których najważniejszymi są: „Folia w warzywnictwie gruntowym”, „Uprawa warzyw na glebach torfowych”, czy „Uprawa pomidorów polowych”. Był też autorem wielu nowych rozwiązań technologicznych w dziedzinie warzywnictwa. Ja osobiście pamiętam z czasów swoje dzieciństwa jego występy w telewizyjnej audycji „Tydzień na działce” emitowanej zawsze przed przeznaczoną dla dzieci i młodzieży „Sobótką”, którą regularnie oglądałem. Od dziesięciu lat był na emeryturze, już nie pracował w instytucie, nie występował w telewizji, z czasem przestał też jeździć po kraju z prelekcjami dla ogrodników, ale aktywny pozostał do końca, bo nadal pisał artykuły do ogrodniczej prasy.

Wspomnienie o Klaudiuszu Lévi-Straussie

CLS

30 października ubiegłego roku zmarł, w wieku lat stu, Klaudiusz Lévi-Strauss, jeden z najwybitniejszych  antropologów kulturowych, czy jak kto woli etnologów, wszech czasów. Z okazji pierwszej rocznicy śmierci chciałbym poświęcić mu słów parę.

 

Nie będę tu streszczał życiorysu tego uczonego, kto ciekam może sobie zajrzeć do wikipedii, pozwolę sobie za to na kilka luźnych uwag o nim i jego twórczości. Mój do niego stosunek jest mocno ambiwalentny. Z jednej strony uważam go za jednego z trzech największych etnologów, czy też antropologów, jacy kiedykolwiek zaistnieli. Pozostali, których w owej trójce umieszczam to Jakub Frazer i Bronisław Malinowski. Ci trzej wybitni uczeni swoimi dokonaniami zapewnili nie tylko nieśmiertelną sławę sobie, ale także silną pozycję dyscyplinie naukowej, którą współtworzyli. Bez nich etnologia, czy też antropologia kulturowa, nie byłaby tym, czym jest. Lévi-Strauss jest, jak na razie ostatnim naprawdę wielkim uczonym z tej dziedziny i nic nie wskazuje na to, aby w przewidywalnym czasie miało się to zmienić. Współczesna antropologia kulturowa jest bowiem podzielona na dziesiątki szkół, z których żadna nie tylko nie dominuje nad innymi, ale nawet się do tego stanu nie przybliża. Wielką zasługą Lévi-Straussa jest uratowanie antropologii gabinetowej, która po Malinowskim zdawała się być definitywnie pogrzebana. A jest ona niezwykle potrzebna, gdyż bez dogłębnych analiz prowadzonych w zaciszu wykpiwanych gabinetów, same badania terenowe, choćby nawet i najdoskonalsze, pozostaną tylko opisywaniem ludów, nie zaś nauką o człowieku i jego kulturze.

 

Uznaję więc wielkie zasługi tego francuskiego antropologa o żydowskich korzeniach, nie przyjmuję jednak założeń jego szkoły. Nie będę ich w tym miejscu dokładnie analizować, zatrzymam się tylko na stwierdzeniu, że twórca strukturalizmu odrzucił funkcjonalistyczną zasadę, zgodnie z którą kulturę należy badać jako system zaspokajania potrzeb. Ja zaś, będąc w szerokim sensie neofunkcjonalistą, na tej właśnie zasadzie opieram swoje badania i analizy. Nie podoba mi się też to, że francuski badacz, całkowicie pomijał duchowy wymiar kultury, skupiając się na kwestii stosunków społecznych. Twórczość Lévi-Straussa jest też dobrym przykładem francuskiego podejścia jeśli nie do nauki w ogólności, to przynajmniej do pisarstwa naukowego. Książki Frazera i Malinowskiego to opasłe tomiska, nie schodzące poniżej pięciuset stron. Dzieła Francuza nie przekraczają stron dwustu. A jednak przeczytanie „Złotej gałęzi”, czy „Życia seksualnego dzikich”, jest zadaniem o wiele łatwiejszym aniżeli przeczytanie cienkiej książeczki, jaką są na przykład, takie „Drogi masek”. Frazer i Malinowski pisali bardzo łatwym językiem, toteż czyta się ich lekko i szybko. Lévi-Strauss natomiast pisał niezwykle zawile. Niektóre zdania trzeba przeczytać kilka razy, żeby je właściwie zrozumieć. Pominięcie nawet króciutkiego fragmentu, skutkuje zazwyczaj niemożnością zrozumienia całości. Jego teksty są, można powiedzieć, bardzo gęste, bardzo zwarte. Dla niektórych czytelników i krytyków jest to dowód genialności autora. Ja jednak pozwolę sobie uznać to za wadę.

 

Jako ciekawostkę dodam, że napisałem w trakcie swoich studiów etnologicznych tekst będący dość mocno krytyczną analizą jednej z jego książek i oddałem go jako pracę semestralną z przedmiotu prowadzonego przez doktora będącego wielbicielem Lévi-Straussa. Ten doktor był jednak na tyle rzetelnym naukowcem, że pozwalał nam na krytykę swojego idola i tę pracę ocenił bardzo dobrze. W Cieszynie zresztą zdecydowana większość naszych wykładowców szanowała nasze poglądy i pozwalała się z sobą nie zgadzać.

Wspomnienie o Henryku Mikołaju Góreckim

Górecki

12 listopada zmarł w Katowicach, w wieku lat 77, Henryk Mikołaj Górecki, jeden z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów, nie tylko w skali Polski, ale i świata. Przez wiele lat rozsławiał on imię naszej ojczyzny w świecie. Jego wkład w kulturę polską i światową jest niezwykle znaczący. Trzy symfonie, a zwłaszcza III, „Małe Requiem dla pewnej polki”, czy „Pięć łatwych utworów na fortepian w dawnym stylu” na stałe weszły do kanonu światowej muzyki. Warto przypomnieć, że w roku 1993, jego III Symfonia, czyli „Symfonia Pieśni Żałosnych” trafiła na szczyty światowych list bestsellerów muzycznych, wyprzedzając nagrania czołowych gwiazd muzyki pop. Polską muzykę tak zwaną poważną sprowadził na tory osadzenia w Tradycji, przerywając awangardowe zaczadzenie. Był jednym z tych kompozytorów, którzy wrócili do stosowania klasycznych, tradycyjnych schematów i motywów w nowo tworzonych utworach muzycznych. Dzięki niemu i innym jemu podobnym współczesna muzyka poważna przestała być tworem zupełnie niestrawnym dla przeciętnego odbiorcy. Górecki w swoich utworach świadomie i obficie korzysta z zasobów tradycji muzycznej, tak klasycznej, jak i ludowej. Obecnie wydaje się to oczywiste, gdyż kompozytorów pełnymi garściami czerpiących z tradycyj muzycznych dawnych epok mamy dziś bardzo wielu, jednak kilkadziesiąt lat temu, wtedy, kiedy Górecki zaczął w tym stylu tworzyć, było to bardzo odważnym popłynięciem pod prąd. Żeby czegoś takiego dokonać i do tego odnieść niekwestionowany sukces, trzeba być naprawdę wielkim i niezwykłym człowiekiem. Zmarły kompozytor niewątpliwie taki był. Niezwykła była już ścieżka jego muzycznej edukacji. Rozpoczął ją formalnie dopiero w wieku lat 19, będąc już po maturze i pracując jako nauczyciel przedmiotów ogólnych w podrybnickich Radoszowach. Z racji zaawansowanego wieku nie chciano go przyjąć do żadnej szkoły muzycznej. Zdecydowali się na to dopiero charyzmatyczni bracia Karol i Antoni Szafrankowie, kierujący tego rodzaju placówką w Rybniku. Odtąd jego edukacja muzyczna szła bardzo szybko, bo już w osiem lat po rozpoczęciu nauki w średniej szkole muzycznej, ukończył Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w Katowicach. Następnie kontynuował studia w Paryżu. Po powrocie do kraju został profesorem kompozycji w swojej macierzystej uczelni, był też przez pewien czas jej rektorem. Był członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Umiejętności i kawalerem orderów: Orła Białego, Świętego Grzegorza Wielkiego, Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą i Orderu Ecce Homo.

 

Mając na uwadze pragnienie, aby pamięć o Henryku Mikołaju Góreckim w narodzie nigdy nie zaginęła, zaproponowałem bezpośrednio po jego śmierci podjęcie akcji na rzec pochowania go w nowym Panteonie Narodowym w kościele św. św. Piotra i Pawła w Krakowie. Jest on tego ze wszech miar godzien. Nie zawsze doceniamy naszych wielkich rodaków, tak, jak na to zasługują. Hańbą dla nas jest, że nie pochowaliśmy na Skałce Witolda Lutosławskiego. Właśnie jego sprawa zainspirowała mnie do walki o godne pochówki wielkich Polaków. Zdaję sobie sprawę z tego, że mój głos jest słaby i ledwo słyszalny. Pamiętam jednak, że „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach” (Cz. Miłosz). Dlatego nie zamierzam odpuszczać. W przypadku Czesława Miłosza stanęliśmy na wysokości zadania. Wtedy jeszcze swej walki nie prowadziłem i wkładu w ten pochówek żadnego nie miałem. Gorąco go jednak od samego początku popierałem w trakcie licznych dyskusyj na rozmaitych forach internetowych. Ja wiem, że Czesław Miłosz nie był postacią kryształową i wzbudza ogromne kontrowersje, ale jego przewinienia nie powinny nam przesłaniać jego niezaprzeczalnej wielkości. Uznałem, iż teraz nadszedł czas, abyśmy ostatni hołd oddali Mistrzowi Henrykowi Mikołajowi Góreckiemu. Jestem przekonany, że jest to nasz patriotyczny obowiązek. Budowanie Panteonu Narodowego, stawianie na piedestale najwybitniejszych Polaków, to jedna z najlepszych lekcji patriotyzmu, jakie możemy dać młodemu pokoleniu. .

 

Kiedy w ubiegłym roku poświęciłem podobny apel Leszkowi Kołakowskiemu, spotkałem się z bardzo małą dozą zrozumienia, a bardzo dużą oburzenia i osobistych ataków. Nie dziwię się temu. Wspomniałem już wyżej o kontrowersjach wokół Czesława Miłosza. Leszek Kołakowski był zaś jeszcze bardziej kontrowersyjny, a jego osiągnięcia znacznie mniej oczywiste. Tym razem jednak, gdy głosiłem apel w sprawie Henryka Mikołaja Góreckiego, żadnych kontrowersyj nie było. Apel ten, ogłoszony na kilku portal internetowych został przyjęty przez komentatorów jednogłośnie pozytywnie. Niestety, nie udało mi się nadać mu odpowiedniego rozgłosu, choć skromne echo prasowe wywołał. Dobrze by było, gdyby pochówkiem tego wybitnego kompozytora, Polaka bez wątpienia wielkiego, a przy tem praktycznie niekontrowersyjnego zainaugurowano nowy Panteon Narodowy. Szkoda, że tak się nie stało

 

Grosz do grosza

Nie ukrywam i nigdy nie ukrywałem tego, że chcę, aby moje blogi chociaż trochę na siebie zarabiały. W latach 2008-2009 nawet to jako tako wychodziło, w tym roku zaś niestety, totalnie się załamało. Zleceń na teksty komercyjne jak na lekarstwo, kliknięć w Google Adsense praktycznie zero, na reklamy AdTaily brak chętnych. Jeśli tak dalej pójdzie, to w przyszłym roku więcej zarobię na wypełnianiu ankiet, niż na blogowaniu. Nie wiem, czy wszędzie jest taka bryndza, czy tylko u mnie? Aby z owego kryzysu wyjść, szukam nowych źródeł przychodu z blogów. Serwisów dostarczających reklamy na blogi jest niemało, jednak większość z nich płaci nie za wyświetlenia reklam, ani nawet nie za kliknięcia, a za zakupy, czy rejestracje dokonane przez klikających. W praktyce więc osiągnięcie jakiegokolwiek przychodu z tych serwisów jest bardzo trudne. Niektóre z nich mają jeszcze dodatkowe utrudnienia, na przykład wymagają prowadzenia własnej działalności gospodarczej, albo nie wysyłają PITów i wymagają samodzielnego rozliczania się z fiskusem. Do wyjątków należy serwis CPM Profit. Zapewnia on dochód co prawda mikroskopijny, ale za to stały i pewny. Płaci bowiem za wyświetlenia reklam, nie zaś za kliknięcia, czy akcje. No ale ziarnko do ziarnka a zbierze się miarka. Niestety jest dosyć odporny na działania zwiększające ruch. Nie rejestruje wielokrotnych wejść jednego dnia z tego samego IP. Nie akceptuje też stron erotycznych, które, jak powszechnie wiadomo, generują spory ruch, nawet gdy nie zawierają żadnej wartościowej treści. Jedynym sposobem zwiększenia przychodów jest polecanie. A więc polecam. Zachęcam do rejestrowania się w serwisie i zbierania grosików, bo grosz do grosza i będzie kokosza. Nie ukrywam, że sam mam w tym interes. Od każdej zarobionej w tym serwisie przez tych z Was, którzy zarejestrują się przez mój link, złotówki, ja mam dziesięć groszy. A mieć dziesięć groszy i nie mieć dziesięciu groszy, to jest razem dwadzieścia groszy, jak mawiał Esterad Tyssen. Oczywiście, Wasze przychody w żadnym stopniu nie zostaną z tego powodu uszczuplone. Mnie więc przybędzie, a Wam nie ubędzie. Interes tedy jest czysty i dla wszystkich korzystny. Tyle tylko, że mikroskopijny.

Wspomnienie o Katarzynie Sobczyk

 

Dzieła muzyczne, w odróżnieniu od literackich mają z reguły nie jednego, ale co najmniej dwóch twórców. Pierwszym jest kompozytor, zaś drugim oryginalny (nie zawsze pierwszy i nie zawsze tylko jeden) wykonawca. Oczywiście są też kompozytorzy, będący zwarazem wykonawcami, ale jest to raczej wyjątek, aniżeli reguła. Dzieło muzyczne, nawet najdoskonalej skomponowane, istnieje raczej wirtualnie niż realnie, dopóki nie zostanie publicznie wykonane. Dlatego oryginalny wykonawca dzieła jest jego twórcą nierzadko, zwłaszcza na polu muzyki rozrywkowej, w stopniu nie mniejszym niż kompozytor. Wykonawczynią, która wywarła niemały wpływ nie tylko na polską scenę muzyczną, ale i na całokształt polskiej kultury muzycznej jest zmarła w lipcubieżącego roku Katarzyna Sobczyk.. Sztandarowym przykładem tego wpływu jest wykonywana przez nią ballada „Mały Książę”. Jej znaczenie dobitnie podkreśla fakt, że twórcy filmu „Różyczka” uznali go za na tyle reprezezentatywny dla epoki późnych lat sześćdziesiątych minionego wieku, że włączyli go do ścieżki dźwiękowej. Wydaje mi się też, że więcej Polaków zna postać Małego Księcia właśnie z tej piosenki, aniżeli z książki Antoniego de Saint-Exupery’ego. Również inne piosenki artystki, takie jak „Biedroneczki są w kropeczki”, „O mnie się nie martw” , „Nie bądź taki szybki Bill” trwale zapisały się w społecznej świadomości. Jest więc rzeczą pewną, że choć odeszła już do wieczności, nie zostanie zapomniana, bo została wśród ludzi w swych piosenkach.

Nie udało się

Niestety, znowu nam się nie udało. Henryk Mikołaj Górecki nie zostanie pochowany w Panteonie Narodowym w Krakowie, a na cmentarzu przy ul. Sienkiewicza w Katowicach. Msza Święta pogrzebowa zostanie odprawiona w Archikatedrze Chrystusa Króla dzisiaj o godzinie 14.00 poprzedzi ja koncert pożegnalny w wykonaniu połączonych orkiestr i chórów Katowic i Krakowa. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj.

 

Chociaż się nie udało, ważne, że spróbowaliśmy, że staraliśmy się coś zrobić. Dziękuję wszystkim, którzy mi w tym pomagali: panu Ogórkowi z Forum Frondy za treść listu, panu Krzysztofowi Zagoździe za pomoc w stworzeniu Listu Otwartego, panu Adrianowi Karpecie za napisanie o akcji w rybnickich „Nowinach”, a także wszystkim którzy podpisali petycję, pisali listy do profesora Ziejki i kardynała Dziwisza, odpisywali na moje maile i życzliwie komentowali moje teksty w internecie. Oczywiście, w takiej sytuacji petycji wysyłać do adresatów nie będę.

 

Nadal uważam, że tworzenie Panteonu Narodowego i chowanie tam wielkich Polaków, to sprawa o fundamentalnym znaczeniu. Uważam, że tego rodzaju inicjatywy, to z jednej strony oddanie należnego hołdu najwybitniejszym przedstawicielom naszego społeczeństwa, z drugiej zaś katalizator uczuć patriotycznych przedewszystkiem dla młodego pokolenia. Będę więc do tej sprawy wielokrotnie wracać.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij