Mój udział w konkursie książki historycznej

Na wstępie chciałbym podziękować tym wszystkim spośród Was, którzy głosowali na mnie w konkursie „Blog Roku 2010”. Tym razem nie udało mi się w nim nic zdziałać, może jeszcze kiedyś spróbuję, ale w każdym razie niezbyt prędko.

 

Dzisiaj mam do Was kolejną prośbę. Jej ewentualne spełnienie nic Was nie będzie kosztowało, a jeszcze możecie wygrać nagrodę książkową, mam więc nadzieję, że uda mi się nakłonić do pomocy nieco większą liczbę osób.

 

Jak zapewne większość z Was wie rok temu ukazała się moja pierwsza i jak dotąd jedyna książka, zatytułowana „Religie w Polsce”. Jest to, jak z samego tytułu łatwo domyślić się pozycja popularna z dziedziny religioznawstwa. Ostatnio mój wydawca zgłosił ją do konkursu książki historycznej Historia Zebrana, w którym startuje ona w kategorii wydawnictw popularnonaukowych, a który to konkurs można znaleźć pod następującym adresem: http://www.historiazebrana.pl/

 

Zachęcam wszystkich do głosowania. Wśród głosujących zostaną rozlosowane książki biorące udział w konkursie. Głosowanie trwa do 31 marca.

Sezon na misia 3

 

Praktycznie zawsze sprawdza się prawidłowość, że przy dziełach filmowych powstających cyklami, począwszy od trzeciego elementu takiego cyklu da się zaobserwować wyraźne obniżenie jakości. Dotyczy to zarówno filmów animowanych (Shrek, Epoka lodowcowa), jak fabularnych (Nieśmiertelny/Highlander) i seriali (Oficerowie). Oczywiście od tej prawidłowości występują też liczne wyjątki, które nawet można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą stanowią ekranizacje wielotomowych cykli powieściowych, które to cykle z reguły trzymają poziom do siódmego tomu. Toteż i takie ekranizacje mogą liczyć do siedmiu filmów bez utraty poziomu. Przykładem może służyć cykl potterowski. Drugą grupę wyjątków stanowią te cykle, których trzecie części nie rozwijają wątków pierwszych dwóch, ale w luźnym związku opowiadają nową historię z nowymi bohaterami. W tej kategorii za wzorcowy przykład służyć może film „Król Lew 3. Hakuna Matata”. Jest to jednak jeden z tych, wbrew powszechnej opinii niezwykle rzadkich, wyjątków, które potwierdzają regułę. Z bohaterami tej produkcji nakręcono bowiem jeszcze kilka filmów, bez wyjątku bardzo słabych. Film „Sezon na misia 3” nie należy do żadnej kategorii wyjątków, bo w ogóle nie jest żadnym wyjątkiem, jest bowiem bezdyskusyjnie znacznie słabszy od obydwu poprzednich części. Co przedewszystkiem rzuca się w oczy, to całkowita utrata wyrazistości poszczególnych postaci. W pierwszych dwóch częściach były to zwierzęta z charakterem, w trzeciej to sflaczałe wymoczki. Powtórzenia numerów, które w pierwszej części śmieszyły, jak jednorożność i upojenie słodyczowe, już nie śmieszą. Do tego dochodzi jeszcze przewidywalna akcja, pozbawiona jakiegokolwiek napięcia. Nie zgodzę się jednak z tymi krytykami, którzy uważają, że w tym filmie nie ma elementów skierowanych do dorosłych. Zawoalowane odniesienia do polityki i erotyki bynajmniej nie są przeznaczone dla dzieci. W sumie nie dziwię się temu, ze polski dystrybutor nie skierował filmu do kin, ale od razu na DVD. Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na śmieszną ciekawostkę, jaka jest tekst prezentowany przed emisją, a uwidoczniony na zdjęciu powyżej. Moim zdaniem to najśmieszniejsza scena w całym filmie.

Mis Yogi

 
Przenoszenie najpopularniejszych seriali telewizyjnych na duży ekran jest jednocześnie atrakcyjne, jak też zarazem ryzykowne, zarówno pod względem artystycznym, jak też finansowym. Mimo ryzyka atrakcyjność tego typu przedsięwzięć jest na tyle duża, że co rusz ktoś gdzieś się za nie zabiera. Ostatnimi czasy awansu na bohatera kinowego doczekał się jeden z najsłynniejszych serialowych niedźwiedzi brunatnych całego świata i zaświata, a mianowicie Yogi z Jellystone. Poświęcony mu amerykański film 3D z 2010 roku, zatytułowany po prostu „Miś Yogi” zrealizowany został w modnej ostatnio konwencji kina aktorsko-animowanego. Postacie Yogiego, Bubu i mieszkającego z tymi dwoma misiami w jednej jaskini żółwia żabiogębego są narysowane, zaś ludzie grani przez żywych aktorów. Akcja filmu opiera się na trzech zasadniczych wątkach. Pierwszy stanowią, podobnie jak w serialu, ciągłe usiłowania Yogiego mające na celu zdobycie jak największej ilości pełnych koszy piknikowych, kończące się zazwyczaj zabawnymi niepowodzeniami. Drugim jest romans strażnika Smitha i przybyłej do parku zwariowanej dokumentalistki, która przyjechała do parku, by zrobić film o Yogim. Trzecim i najistotniejszym jest obrona parku przed wrogiem, który chce go zniszczyć. Gdyby to była produkcja europejska, wrogiem tym byłby prywatny przedsiębiorca, a cały film stałby się lewackim manifestem politycznym. Tu jest nim lokalny polityk, skorumpowany i rozrzutny, a więc raczej nie wyznający konserwatywnego systemu wartości, a sam film nie ma w sobie nic z agitki. Jest raczej upstrzoną licznymi dowcipami (może nie jakoś szczególnie wyrafinowanymi, ale naprawdę śmiesznymi i nie żenującymi) lekką komedią familijną. Wszystko tu dobrze się kończy. Park zostaje uratowany, wróg pokonany, młodzi zostają parą, a Yogi zdobywa całe mnóstwo koszy piknikowych. Przesłanie filmu jest proste i niewyrafinowane: jeśli do czegoś naprawdę poważnie dążysz i się w to rzetelnie zaangażujesz, możesz to osiągnąć. Twórcy filmu poradzili sobie z tematem. „Miś Yogi” nie jest może arcydziełem, ale jeszcze dalej mu do gniota. Jest to po prostu solidny, fajny film, który przyjemnie się ogląda, zarówno dzieciom, jak i dorosłym.

Prenumerata DGP

Mamy w Polsce trzy poważne dzienniki wielotematyczne. Są to: Rzeczpospolita, Dziennik Gazeta Prawna i Gazeta Wyborcza. Oprócz nich mamy jeszcze kilka tabloidów, dwa dzienniki propagandowe,  kilka  specjalistycznych i bliżej mi nie znaną liczbę lokalnych. To, że pierwsze trzy wyróżniam jako poważne, nie oznacza bynajmniej, że uważam je za obiektywne. Nie istnieją obiektywne gazety wielotematymatyczne, bo nie da się takowej gazety prowadzić bez polityki, a gdzie zaczyna się polityka, tam kończy się obiektywizm. Toteż za poważne, opiniotwórcze gazety należy uznać te, które piszą primo o sprawach ważnych, secundo w sposób wyczerpujący i tertio bez epatowania sensacją. Te kryteria jako tako spełniają trzy tytuły podane na wstępie. Oczywiście, żaden z nich nie jest obiektywny. Pierwszy reprezentuje mniej więcej linię PiSu, drugi bliżej nieokreślonego centrum, trzeci zaś nieboszczki udecji. Jeśli więc kogoś zdecydowanie odrzuca martyrologia smoleńska z jednej strony, a afirmacja patologij społecznych z drugiej, to właściwą opcją dla kogoś takiego jest „Dziennik Gazeta Prawna„. A jeśli do tego ten ktoś lubi czytać papierową gazetę codziennie, to wypadałoby go zachęcić do zakupu prenumeraty DGP. Prenumerata ma dwie podstawowe zalety: po pierwsze ma się pewność otrzymania gazety codziennie, czego kioski i inne punkty sprzedaży nie dają, bo DGP traktowany jest przez dystrybutorów prasy po macoszemu, po drugie zaś wychodzi to po prostu taniej.  Prenumerata takowa jest obecnie dostępna w ofercie promocyjnej – cztery miesiące w cenie trzech. Kto więc należy do opisanej przeze mnie wyżej grupy, niechaj tę prenumeratę kupuje i czerpie z niej pożytki.

Wspomnienie o arcybiskupie Józefie Życińskim 9

 

Wiadomość z Rzymu o nagłej śmierci metropolity lubelskiego arcybiskupa Józefa Życińskiego bardzo mnie zaskoczyła i zasmuciła. Zmarły arcybiskup był zaliczany do postępowego skrzydła polskiego episkopatu, ale zarówno na tle innych przedstawicieli tej frakcji, jak i ogółu polskich biskupów, wyróżniał się pozytywnie, szczególnie na płaszczyźnie intelektualnej. Cechował się nie tylko inteligencją, czy wiedzą, ale także, nie waham się tego rzec, prawdziwą mądrością. 

 

Warto podkreślić, że jego otwartość była prawdziwa i obejmowała również tych, których otwartość innych postępowców zazwyczaj nie obejmuje. W swojej archidiecezji otaczał opieką nie tylko ruchy posoborowe ( a robił to bardzo aktywnie, chociażby dając schronienie tak kontrowersyjnemu teologowi jak o. prof. Wacław Hryniewicz OMI), ale także  grupę wiernych przywiązanych do liturgii tradycyjnej. Archidiecezja lubelska była pierwszym w naszym kraju kościołem lokalnym, w którym mogli oni liczyć na dostęp nie tylko do regularnie celebrowanej Mszy Świętej Trydenckiej (co i tak należało już w owych czasach do rzadkości), ale także do sprawowanych w starym rycie takich sakramentów jak chrzest i małżeństwo. A działo się to wszystko na długo przed ogłoszeniem przez Ojca Świętego Benedykta XVI motu proprio Summorum Pontificum „uwalniającego” starą Mszę i stare sakramenty. Natomiast po wejściu w życie tego dokumentu, arcybiskup był pierwszym polskim hierarchą od czasów reformy asystującym do Mszy Trydenckiej (tak zwana Msza coram episcopo). Oczywiście nie można ukrywać i tego, że był bardzo sceptyczny co do szans Mszy Trydenckiej na odegranie znaczącej roli w przyszłości i jej powrót na dominujące pozycje w życiu liturgicznym Kościoła.

 

Była więc w postawie arcybiskupa pewna dwoistość. Dotyczyła ona nie tylko liturgii, ale także innych kwestyj, w tym i politycznych oraz za takowe powszechnie uważanych. Z jednej strony był entuzjastycznie nastawiony do Unii Europejskiej i integracji Polski z tym tworem, sceptycznie zaś do tych sił politycznych w naszym kraju, które odwołują się do tradycyj narodowych i religijnych. Całkiem niedawno ukarał starszego wiekiem kapłana za wygłoszenie patriotycznego kazania. Z drugiej jednak strony był konsekwentnym antykomunistą, jednoznacznie krytykującym także ugrupowania postkomunistyczne, obrońcą życia ludzkiego (ostatnimi czasy wypowiadał się stanowczo w sprawie zapłodnienia in vitro) oraz praw Kościoła i chrześcijan w przestrzeni publicznej. Równie niedawno skrytykował polski rząd za popieranie władz afgańskich, które prześladują chrześcijan. Zdecydowanie bronił też minister Radziszewskiej, atakowanej przez lobby homoseksualne.

 

Oczywiście, nie wszystko, co mówił i czynił zmarły metropolita, może się podobać konserwatywnemu publicyście, a zarazem katolickiemu tradycjonaliście. Nie wykluczam nawet, że te elementy, które podobać się nie mogą, stanowią większość. Nie mniej jednak byłbym intelektualnie nieuczciwy gdybym nie dostrzegał i nie chciał wskazywać ewidentnych, a przy tem niezwykle znaczących pozytywów obecnych w postawie arcybiskupa Życińskiego. Zdecydowanie jest mi on bliższy od tych wszystkich hierarchów, którzy formalnie stoją po stronie politycznej prawicy i nie biorą w obronę osób podejrzanych o herezję, ale z drugiej strony Mszy Trydenckiej boją się jak święconej wody, a w sprawie chrześcijan prześladowanych w Afganistanie nie mają odwagi się wypowiedzieć. Dlatego jego śmierć napełniła mnie smutkiem. Pozostaje nam tylko modlić się za jego duszę i pamiętać o jego dziełach, nie tylko tych wątpliwej wartości, ale przedewszystkiem o tych słusznych i wielkich.

Uważam Rze – inaczej pisane

 

Odkąd tygodnik „Wprost” zmienił wydawcę, kierownictwo i linię polityczną, na prawej stronie polskiego rynku prasowego pojawiła się dolegliwa luka. Nie było już tygodnika ogólnoprawicowego, pozostały jedynie periodyki mniej lub bardziej partyjne. Ale, jak powszechnie wiadomo, natura vacui horroat, toteż było oczywiste, że prędzej, czy później na rynku pojawi się tygodnik, który puste miejsce po „Wprost” zapełni. Nie było jedynie jasne, czy któryś ze wspomnianych poszerzy swoją linię, czy też powstanie nowy tytuł, być może oparty o jakieś inne medium.

 

Sytuacja rozwinęła się według tego drugiego scenariusza. W styczniu bieżącego roku dziennik „Rzeczpospolita” poinformował, że zamierza uruchomić tygodnik. W lutym nowy tytuł pojawił się na rynku jako „Uważam Rze – Inaczej Pisane”. Różni się on znacznie od innych tygodników opinii, przedewszystkiem fizycznie. Ma od nich nieco większy format (aczkolwiek znacznie mniejszy od dzienników i tych tygodników, które się do nich upodobniały), jest też wydawany na papierze gazetowym, a nie kredowym. Autorami większości tekstów są dziennikarze Rzepy. Tematyka pisma nie ogranicza się do polityki, ale obejmuje szerokie spektrum zagadnień społeczno kulturalnych. Linię polityczną ma szeroko prawicową – są tu obecne zarówno teksty propisowskie, jak i antypisowskie. Teksty są zasadniczo solidnie napisane, a ich tezy solidnie uargumentowane. Oczywiście, zdarzają się przypadki argumentacji nieco naciągniętej, nie ma tu jednak takich kuriozów na jakie często można się natknąć w bardziej niszowych pismach prawicowych. Pod względem merytorycznym pismo zasługuje na ocenę bardzo dobrą. Jest w mojej ocenie najlepszym na tę chwilę tygodnikiem prawicowym w Polsce.

 

Ma jednak także swoje mankamenty. Do najpoważniejszych należą niedociągnięcia redakcyjne. W piśmie zdarzają się nie tylko literówki, co jeszcze można by przeboleć, ale także błędy składniowe, a nawet urwane zdania. To wymaga poprawy. Niezbyt także podoba mi się tytuł, jest bowiem stanowczo za długi. Cztery słowa, liczące w sumie dziesięć sylab, to o wiele za dużo. Tak długi tytuł zdecydowanie zmniejsza szanse na sukces.  Warto zauważyć, że cztery pisma, zdecydowanie dominujące na krajowym rynku tygodników opinii, mają tytuły jednowyrazowe (Wprost, Przekrój, Newsweek i Polityka). Nowy tygodnik też powinien skrócić nazwę. Samo „Rze” byłoby idealne. Plusem jest natomiast cena pisma, zwłaszcza ta promocyjna, obejmująca kilka pierwszych numerów. Niecałe dwa złote za gruby tygodnik pełen interesujących tekstów, to jak za darmo. Również ostateczna cena (4,50 PLN) nie jest wygórowana. Ogólnie więc ów tygodnik, mimo małych zastrzeżeń, zdecydowanie polecam. Mam też nadzieję, że zdoła się ono utrzymać na rynku i zapewnić sobie trwały byt. A, niestety, nie jest to takie pewne, bo rynek jest trudny.

Herezje pierwszych wieków we współczesnej Polsce

 

Kościół od samych swoich początków, po czasy dzisiejsze, a najpewniej aż po kres czasów, musi zmagać się z rozmaitymi herezjami. Jest to zjawisko poniekąd naturalne. Tam gdzie rośnie pszenica, tam też plenią się i chwasty. Każdy wiek ma swoje, nowe herezje. Nie oznacza to jednak, że te stare przestały istnieć. Monofizytyzm, nestorianizm, marcjonizm nie wzbudzają już wielkich emocyj, nie budzą sporów, takich, jak w pierwszych wiekach dziejów Kościoła. Może jedynym wyjątkiem jest negujący boskość Chrystusa, a co za tem idzie także i naukę o Trójcy Świętej, arianizm, który co jakiś czas odżywa w nowych postaciach, w ostatnich czasach na przykład w formie nauk Świadków Jehowy. Jednak i te trzy wymienione powyżej, chociaż większości katolików ich nazwy albo nic nie mówią, albo są tylko pojęciami z zamierzchłej historii Kościoła, co jakiś czas dają o sobie znać. Pojawiają się jednak nie w postaci pełnej, ale raczej szczątkowej, fragmentarycznej, a przy tem zawoalowanej. Częstokroć, zarówno ich głosiciele, jak i odbiorcy w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że mają do czynienia z herezją.

 

Taki na przykład monofizytyzm. Sformułowany w piątym stuleciu po Chrystusie przez konstantynopolitańskiego mnicha Eutychesa, głosił, że Jezus Chrystus miał tylko jedną naturę, boską, lub też w wersji przyjętej przez niektóre Kościoły wschodnie bosko-ludzką. Negował więc ów nurt teologiczny rzeczywiste i zupełne człowieczeństwo Chrystusa. Potępiony został przez sobór w Chalcedonie w 451 roku. Dzisiaj nikt nie neguje całkowicie człowieczeństwa Pana Jezusa. Są jednak tacy, którzy podają w wątpliwość niektóre składowe Jego ludzkiej natury czyniąc ją w ten sposób niezupełną. Szczególnie można to zauważyć w kwestii sporów o przynależność Naszego Pana do narodu żydowskiego. Dość popularny jest, szczególnie w środowiskach endeckich i postendeckich, pogląd, zgodnie z którym Jezus Chrystus nie był Żydem i nie posiadał żadnej przynależności narodowej. Nie zauważają, że bez tejże przynależności, Jego ludzka natura byłaby niepełna, ułomna, byłaby zaledwie cieniem człowieczeństwa. To są właśnie poglądy noszące pewne znamię monofizytyzmu. Niektórzy autorzy posuwają się nawet do tego, że dla uzasadnienia swej tezy sięgają po argumenty ściśle monofizyckie. Pokusie tej uległ nawet wybitny przedwojenny humanista Tadeusz Zieliński, który w swoim artykule przypomnianym w Szczerbcu nr 7-9 z 2000 roku pisał: „Po Śmierci i Zmartwychwstaniu Jezus wraca do Ojca w Niebie, gdzie zwrócona mu zostaje „chwała”, którą miał przed przyjściem na ziemię, czyli powraca do swego pierwotnego Bóstwa i bożego Synostwa. Jest to trzeci i trwający do tej pory okres w życiu Chrystusa. Ten okres, podobnie jak pierwszy, nie może budzić najmniejszych wątpliwości: Jezus jest Synem Boga i sam Bogiem, a więc jest czystym, obiektywnym Duchem, nie może więc być Żydem, jak zresztą nie jest też Polakiem czy Niemcem. Dlatego próba wmanewrowania Chrystusa w żydowskość jest co najmniej przejawem arogancji wobec Niego.” Oczywiście głosiciele tej tezy są święcie oburzeni, gdy ich się nazwie monofizytami. Oni nie widzą konsekwencyj głoszonej przez siebie doktryny.

 

Sam monofizytyzm, w swojej pierwotnej postaci, był swego rodzaju przesadną reakcją na wcześniejszy od niego nestorianizm. Ten z kolei zakładał, że Jezus Chrystus składa się z dwóch odrębnych bytów: ludzkiego i boskiego. Został potępiony na soborze w Efezie w 431 roku. Do dziś nauka nestoriańska, choć w złagodzonej formie trwa w Asyryjskim Kościele Wschodu. Pojedyncze elementy tej doktryny pojawiają się jedna w poglądach niektórych protestantów i protestantyzujących katolików. Przejawiają się one w odrzucaniu takich sformułowań jak „Boże Narodzenie”, czy „Matka Boża”. Ich głosiciele argumentują, że narodzinom, czy śmierci podlegał jedynie Jezus-człowiek,a nie Druga Osoba Boska. Dlatego za jedyne dopuszczalne uważają sformułowania „Narodzenie Pańskie”, czy „Matka Jezusa”. Tego rodzaju poglądy głosili na przykład na przełomie XX i XXI stulecia niektórzy pastorzy Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce. Kościół ten jednak odciął się od tej tezy, chcąc uniknąć posądzenia o nestorianizm.

 

Marcjonizm z kolei był jedną z najstarszych herezyj w Kościele, bo pojawił się już w II stuleciu po Chrystusie. Marcjon i jego zwolennicy odrzucili Stary Testament, z Nowego zaś usunęli wszystkie fragmenty sugerujące związek Jezusa Chrystusa z żydowskim Jahwe. Byli bowiem gnostykami i uważali tego ostatniego za złego demiurga, Chrystusa zaś za wysłannika dobrego Najwyższego Boga. Podobnie, jak w dwu poprzednich przypadkach, nie ma dziś wyznania chrześcijańskiego, które przyjmowałoby tę doktrynę w całości. W odróżnieniu zaś od tamtych nie ma także takiego, które przyjmowałoby jej znaczną część. Są natomiast w Polsce, a pewnie i w innych krajach też katolicy, głoszący pojedyncze tezy, które można i należy uznać za marcjonistyczne. Mam tu na myśli pewne przejawy niechęci do Starego Testamentu. Oczywiście nie wszystkie formy rezerwy wobec tej części Biblii są marcjonistyczne, heretyckie, czy chociażby niewłaściwe. W żadnym przypadku nie nazwę marcjonistami tych katolików, którzy unikają samodzielnej lektury ksiąg starotestamentalnych w obawie, że mogłaby ona zaszkodzić ich wierze. Wręcz przeciwnie, uznaję taką postawę za w pewnych przypadkach godną pochwały, nie ma bowiem wątpliwości, że niewłaściwa lektura tych pism, zwłaszcza w wersji pozbawionej katolickich komentarzy jest niebezpieczna dla katolickiego życia religijnego. Jednak już twierdzenia, że zaczytywanie się w Starym Testamencie jest objawem judaizacji katolicyzmu uważam za przesadne, krzywdzące i po prostu błędne. Równie oczywistą rzeczą jak to, że niewłaściwa lektura tych ksiąg jest groźna, jest to, że mądra nimi fascynacja może być wielkim ubogaceniem dla życia duchowego katolików. Można jednak trafić na jeszcze dalej idące przykłady zatrucia dusz marcjonistycznym jadem. We wspomnianych już środowiskach postendeckich (których jako całości bynajmniej nie mam zamiaru atakować, czy krytykować, gdyż w przeważającej mierze składają się one z pobożnych, gorliwych i prawowiernych katolików) można się spotkać na przykład z nazywaniem tytułowej bohaterki Księgi Estery „morderczynią Hamana”. Warto przypomnieć, że Estera jest uważana przez Kościół za starotestamentalną świętą, jej postać jest uważana w katolickiej egzegezie za zapowiedź (figurę) Maryi Panny, a Haman nie został zamordowany, ale stracony z wyroku króla perskiego za swoje niewątpliwe zbrodnie. Podobnie jak w przypadku wspomnianych wyżej tez o zabarwieniu monofizyckim, tak również te marcjonistyczne wynikają z ekstrapolowania politycznej niechęci do narodu żydowskiego i religii żydowskiej na sferę religijną.

 

Jak się obronić przed popadnięciem, często nie do końca świadomym i dobrowolnym w takie jak powyższe, a także inne herezje? Najlepszym zabezpieczeniem jest wiedza, a w tym przypadku dobra znajomość historii Kościoła. Ten, kto wie, na czym polegały marcjonizm, nestorianizm i monofizytyzm, będzie odporniejszy na zarażenie się ich elementami. Warto więc zachęcić wszystkich katolików do poznawania dziejów wiary chrześcijańskiej. Oczywiście należy je poznawać z rzetelnych katolickich książek, a nie z paszkwili napisanych przez wrogów Kościoła.

Kultura.rybnuk.eu

kultura rybnik

Różnego rodzaju „prospołeczne” programy finansowane po części za pośrednictwem instytucyj finansowych  Unii Europejskiej (a nie z jej funduszy, bo one przecież nie są pierwotnym źródłem pieniędzy, gdyż pochodzą ze składek państw członkowskich, a więc de facto z naszych podatków) są zasadniczo zorganizowanym systemem marnowania pieniędzy. Można jednak marnować pieniądze bądź to całkowicie bezsensownie, bądź też częściowo sensownie. Program Kultura.rybnik.eu należy do tej drugiej kategorii. W Rybniku na polu kultury dzieje się bardzo wiele. Co roku mamy setki imprez, różnego charakteru i różnej rangi. Organizatorami tych imprez są dziesiątki rozmaitych podmiotów. Brakowało natomiast dotąd dwóch rzeczy – koordynacji (nieraz zdarzało się, że dwie do tego samego odbiorcy skierowane imprezy odbywały się w dwóch różnych punktach miasta w tym samym czasie) i wyczerpującej informacji (często o ciekawych imprezach potencjalni uczestnicy mieli małe szanse się dowiedzieć). Jeśli omawiany system będzie funkcjonował tak, jak należy, powinien zapewnić i jedno i drugie. Nie jestem jednak przekonany, co do rzeczywistej potrzeby uruchamiania wszystkich jego elementów. Oczywiście nie mam żadnych wątpliwości, co do strony internetowej i papierowego miesięcznika. Jednak w stosunku do elektronicznych billboardów, infokiosków i audycyj w niszowej telewizji TVT mam mieszane uczucia. Ale życzę projektowi powodzenia i to z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że dobrze życzę Rybnikowi w ogólności, a życiu kulturalnemu tego miasta w szczególności, a powodzenie projektu może mu zapewnić pozbycie się najpoważniejszych mankamentów i dalszy rozkwit. Po drugie zaś, jedynie powodzenie projektu gwarantuje, że pieniądze, pochodzące de facto z naszych podatków, nie będą bezsensownie zmarnowane.

kultura rybnik

Podróże Guliwera – Symfonia zmarnowanych pomysłów

guliwer

W ciągu ostatnich kilku tygodni omówiłem dwa filmy, jeden dobry i pożyteczny, drugi zaś zły i szkodliwy. Dziś chciałbym napisać coś niecoś o filmie, który nie należy do żadnej z tych dwóch kategoryj, o filmie słabym i głupim, a mianowicie o „Podróżach Guliwera w reżyserii Roba Lettermana z  Jackiem Blackiem w roli tytułowej. Sam pomysł przeniesienia akcji powieści Jonathana Swifta w czasy współczesne jest bardzo interesujący, niestety w tym filmie został on kompletnie zmarnowany. Najwięcej zarzutów można postawić scenariuszowi, który oryginalną fabułę szatkuje, pozbawia kluczowych elementów, a co za tem idzie logiki, proporcyj i harmonii.  Elementy nowe, wstawione na miejsce usuniętych raz pasują lepiej, a raz gorzej, niektóre są ciekawe, inne rodzą dysonanse, ogólnie jednak nie zapełniają satysfakcjonująco wyrw powstałych wskutek wspomnianego wycinania. Szczególnie interesujące wydaje mi się umieszczenie w filmie szeregu nawiązań do wielkich przebojów światowego kina ostatnich kilkudziesięciu lat, odnoszę jednak wrażenie, że pomysł ten nie został do końca wyzyskany. Zresztą cały ten film można nazwać symfonią zmarnowanych pomysłów.

Ogólnopolski Festiwal Piosenki Artystycznej

OFPA

Ogólnopolski Festiwal Piosenki Artystycznej to jeden z najciekawszych, a może nawet najciekawszy, spośród kilkudziesięciu festiwali i konkursów muzycznych odbywajacych się w naszym mieście, dlatego też, podobnie jak w latach poprzednich, od niego rozpocznę cykl festiwalowy na moim blogu. Poniżej program festiwalu za jego stroną internetową:

 

Czwartek, 17 lutego 2011 r. godz. 17:00 – Klub Energetyka

FINAŁ KONKURSU REGIONALNEGO (konkurs)

 

prowadzenie: Andrzej Poniedzielski.

 

koncert: ANIA DĄBROWSKA

 

cena biletu: 30zł

Piątek, 18 lutego 2011 r. godz. 18:00 – Klub Energetyka

KONKURS KRAJOWY (cz.1)

 

prowadzenie: Andrzej Poniedzielski.

 

koncert: MACIEJ MALEŃCZUK „Psychodancing”

 

cena biletu: 30zł

Sobota, 19 lutego 2011 r. godz. 18:00 – Klub Energetyka

KONKURS KRAJOWY (cz.2)

 

prowadzenie: Andrzej Poniedzielski.

 

koncert: MARIA PESZEK

 

cena biletu: 30zł

Niedziela, 20 lutego 2011 r. godz. 17:00 – Teatr Ziemii Rybnickiej

KONCERT GALOWY (Koncert Laureatów OFPA 2011 i wręczenie nagród)

 

prowadzenie: Andrzej Poniedzielski.

 

Beata Banasik – mini recital laureatki OFPA 2010

 

koncert: CZESŁAW ŚPIEWA – gościnnie:

KASIA NOSOWSKA, GABA KULKA, KAROLINA CICHA

 

cena biletu: 40zł

 

Bilety od 04 lutego 2011!

Bilety do nabycia w sekretariacie Klubu Energetyka Fundacji ER

ul. Podmiejska, Rybnik

Szczegóły: tel. 032 739 18 98

sprzedaż biletów: poniedziałek – piątek w godzinach 10:00-20:00

http://www.fundacjarybnik.pl

 

oraz w kasie Teatru Ziemi Rybnickiej.

ul. Saint Vallier 1, Rybnik

Szczegóły: kasa tel. 032 42 22 320

kasa czynna: poniedziałek – piątek od godz. 12:00

http://www.kultura.rybnik.pl

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij