Wspomnienie o Jarosławie Kukulskim

kukulski

Obok literatów i duchownych do grona najistotniejszych budowniczych gmachu kultury należą twórcy muzyki, tak poważnej, jak i rozrywkowej, zresztą granica między tymi dwoma obszarami jest nieostra. W minionym roku odeszło od nas wielu wybitnych muzyków, dlatego muszę dokonać trudnego wyboru. Bez wątpienia taką postacią, o której wspomnieć trzeba, był  zmarły we wrześniu tego roku Jarosław Kukulski. Zasłynął on przedewszystkiem jako twórca piosenek swojej żony Anny Jantar i córki Natalii Kukulskiej. Tworzył również dla całego szeregu innych artystów: Ireny Jarockiej, Eleni, Krzysztofa Krawczyka, Haliny Frąckowiak, Felicjana Andrzejczaka, Jolanty Arnal, Bogusława Meca, Bogdany Zagórskiej, Jadwigi Strzeleckiej i dla drugiej żony, Moniki Borys.Wiele spośród jego piosenek stało się wielkimi przebojami., jak np.: „Najtrudniejszy pierwszy krok”, „Tyle słońca w całym mieście”, „Moje jedyne marzenie”. W latach sześćdziesiatych i siedemdziesiątych sam występował w zespole  Waganci. Wywarł więc niemałe piętno na polskiej muzyce, nie tylko zresztą rozrywkowej, zasłużył tedy na wieczną pamięć Polaków.

Henryk Mikołaj Górecki nie żyje. Pochowajmy go w Panteonie Narodowym

Górecki

Dziś rano zmarł w Katowicach, w wieku lat 77, Henryk Mikołaj Górecki, jeden z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów, nie tylko w skali Polski, ale i świata. Przez wiele lat rozsławiał on imię Polski w świecie. Jego wkład w kulturę polską i światową jest niezwykle znaczący. Trzy symfonie, a zwłaszcza III, „Małe Requiem dla pewnej polki”, czy „Pięć łatwych utworów na fortepian w dawnym stylu” na stałe weszły do kanonu światowej muzyki. Polską muzykę sprowadził na tory osadzenia w Tradycji, przerywając awangardowe zaczadzenie. Jego zasługi można by opisywać latami i na pewno jeszcze kiedyś zrobię to obszerniej, ale dziś chcę ten tekst napisać i rozpowszechnić jak najszybciej, gdyż postulat, który chcę zgłosić uważam za niezwykle ważny i pilny.

 

Odszedł wielki Polak, jeden z największych. Requiem aeternam dona ei, Domine, et lux perpetua luceat ei. Requiescat in pace. Amen. Modlitwy teraz potrzebuje najbardziej.

 

A żeby pamięć o nim w narodzie nigdy nie zaginęła, pochowajmy go w nowym Panteonie Narodowym w kościele św. św. Piotra i Pawła w Krakowie. Jest tego ze wszech miar godzien. Nie zawsze doceniamy naszych wielkich rodaków, tak, jak na to zasługują. Hańbą dla nas jest, że nie pochowaliśmy na Skałce Witolda Lutosławskiego. Właśnie jego sprawa zainspirowała mnie do walki o godne pochówki wielkich Polaków. Zdaję sobie sprawę z tego, że mój głos jest słaby i ledwo słyszalny. Pamiętam jednak, że „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach” (Cz. Miłosz). Dlatego nie zamierzam odpuszczać. W przypadku Czesława Miłosza stanęliśmy na wysokości zadania. Wtedy jeszcze swej walki nie prowadziłem i wkładu w ten pochówek żadnego nie miałem. Gorąco go jednak od samego początku popierałem w trakcie licznych dyskusyj na rozmaitych forach internetowych. Teraz czas, abyśmy ostatni hołd oddali Mistrzowi Henrykowi Mikołajowi Góreckiemu. To nasz obowiązek.

 

Kiedy w ubiegłym roku poświęciłem podobny apel Leszkowi Kołakowskiemu, spotkałem się z bardzo małą dozą zrozumienia, a bardzo dużą oburzenia i osobistych ataków. Mam nadzieję, że teraz tego nie będzie. Mistrz Henryk chyba nie wzbudzi takich kontrowersyj i emocyj. Bardzo dobrze by się stało, gdyby pochówkiem Polaka bez wątpienia wielkiego, a przy tem praktycznie niekontrowersyjnego zainaugurowano nowy Panteon Narodowy.

Wspomnienie o Ludwiku Jerzym Kernie

Kern

Jednym z najważniejszych składników kultury w naszym kręgu cywilizacyjnym jest literatura. Dlatego wśród ludzi kultury, omówionych w listopadowym cyklu wspomnieniowym, nie może zabraknąć literata. Dwudziestego dziewiątego października bieżącego roku zmarł w Krakowie Ludwik Jerzy Kern, wybitny poeta i satyryk, znany przedewszystkiem z długoletniego stałego związku z tygodnikiem Przekrój, trwającego przez cały czas jego krakowskiej  egzystencji, czyli okres, gdy był on poważnym tygodnikiem dla inteligencji, a nie sui generis tabloidem, jak obecnie. Oprócz wierzy drukowanych na ostatniej stronie tego pisma, zasłynął także licznymi utworami dla dzieci i młodzieży, tak poetyckich, jak i prozatorskich. I właśnie te dzieła zdają mi się być koroną jego twórczości. Bez wątpienia można go postawić obok Brzechwy i Tuwima w panteonie polskich pisarzy tworzących dla najmłodszych czytelników. Kern był też prawdopodobnie ostatnim polskim literatem, którego drukowany debiut miał miejsce jeszcze przed wojną. Wraz z jego śmiercią skończyła się więc zapewne ostatecznie, ta epoka w dziejach literatury polskiej, w której tłumowi współczesnych jej adeptów towarzyszyli przedwojeni mentorzy.

Wspomnienie o o. Joachimie Badenim OP

 

Żadna cywilizacja ani żadna kultura nie może się obyć bez religii. Dlatego też wśród w cyklu wspomnień o zmarłych ludziach kultury nie może zabraknąć duchownego. W przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy odeszło do wieczności wielu znamienitych kapłanów. Postanowiłem wybrać jednego z nich a wybór mój padł na ojca Joachima Badeniego OP, który zmarł w tym roku w wieku lat dziewięćdziesięciu ośmiu, postać z racji życiorysu ze wszech miar symboliczną. W świecie był Kazimierzem hrabią Badenim, imię otrzymał po dziadku, słynnym polityku galicyjskim, który doszedł aż do stanowiska austro-węgierskiego premiera. Młody Kazimierz jeszcze przed wojną odczuwał powołanie zakonne, nie mógł jednak pójść za jego głosem ze względu na ciążące na nim obowiązki stanowe. Trzeba bowiem pamiętać, że przynależność do arystokracji rodzi nie tylko przywileje i zaszczyty, ale także, a może nawet przedewszystkiem niebłache obowiązki. Wstąpił więc do Zakonu Kaznodziejskiego pod koniec wojny, kiedy było już wiadomo, że w odmienionej Polsce arystokracja nie będzie miała ani przywilejów, ani obowiązków. Do kraju wrócił w 1947 roku. Paradoksalnie właśnie w zakonie miał możliwość przynajmniej częściowej realizacji zadania, które pierwotnie ciążyło na nim jako na arystokracie, a mianowicie sprawowania kulturowego przewodnictwa w społeczeństwie. Wywiązał się z niego doskonale, jako założyciel duszpasterstwa akademickiego Beczka w Krakowie, a także autor i współautor kilku wartościowych książek. Zapewne dla znacznej części moich koleżanek i kolegów tradycjonalistów zasługi te są co najmniej wątpliwe, ja jednak będę obstawał przy stanowisku, że mają one znaczącą wartość. Duszpasterstwa akademickie są zasadniczo uważane w środowiskach tradycjonalistycznych za rozsadniki modernizmu. I słusznie, bo zazwyczaj takimi są. Są jednak wśród nich zarówno nurty całkowicie sprzeczne z tradycją, jak i częściowo z nią zgodne. Duszpasterstwa dominikańskie, wśród których Beczka jest sui generis sewrejskim wzorcem, należą zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Rozwija się w nich zamiłowanie do przyzwoicie sprawowanej liturgii i niezłej muzyki religijnej, organicznie powiązanej z chorałem gregoriańskim, kultywuje się też solidną podbudowę intelektualną. Również książki o. Badeniego są na swój sposób umocowane w Tradycji. Szczególnie ostatnia z nich „Proste modlitwy” wydaje się być swoistą kontynuacją „Pełni modlitwy” innego dominikanina-arystokraty, zmarłego w 1949 roku o. Jacka Woronieckiego. Nie można więc o. Joachima nazywać modernistą. Owszem należy on do posoborowia, ale do tej jego części, która swoje korzenie głęboko zapuściła w glebę Tradycji Kościoła.

Wspomnienie o Macieju Kozłowskim

Maciej Kozłowski

Informacje o śmierci aktorów docierają do nas za pośrednictwem marksmerdiów stosunkowo często. Bynajmniej nie dlatego, że aktorzy umierają częściej niż przedstawiciele innych profesyj twórczych, ani że jest ich więcej, bo ani jedno, ani drugie nie jest prawdą. Aktorzy, podobnie jak wszyscy inni ludzie, wyjąwszy nieliczne wyjątki, takie jak niejaki Eleazar z Betanii, umierają tylko raz w życiu, liczebnie zaś przerastają ich chociażby literaci, czy muzycy instrumentaliści. A jednak o przypadkach śmierci aktorów informacje w prasie, radiu, czy telewizji pojawiają się znacznie częściej aniżeli informacji o śmierci literatów. Wynika to ze specyfiki aktorstwa, która sprawia, że zdecydowanie większy odsetek jego adeptów cieszy się przywilejem powszechnej rozpoznawalności niż ma to miejsce w przypadku ludzi pióra. Ja jednak jestem odmieńcem, który słabo zapamiętuje twarze, wskutek czego to właśnie aktorzy są dla mnie słabo rozpoznawalni. Twarz z nazwiskiem potrafię powiązać w przypadku kilkunastu aktorów polskich aktorów i zaledwie dwóch zagranicznych (Seana Connery’ego i Patricka Stewarta). Aktorki rozpoznaję w stopniu jeszcze mniejszym. Do tej nielicznej grupy rozpoznawalnych, a więc pod pewnymi względami istotnych dla mnie aktorów należał zmarły w bieżącym roku Maciej Kozłowski. Znalazł się w tym gronie z powodu uprawiania bardzo charaktestycznego stylu aktorstwa. Mianowicie doskonale wcielał się on w postacie bohaterów ambiwalentnych (Waldemar Jaroszy w „M jak miłość”, gen. Michał Matejewski w serii „Oficer” – „Oficerowie” – „Trzeci oficer”), czy nawet jednoznacznie negatywnych (hrabia Falwick w „Wiedźminie”). Maciej Kozłowski grał tego rodzaju postacie niezwykle wiarygodnie, a mało który aktor tak potrafi.  Jego brak będzie więc dotkliwie odczuwalny. Jego śmierć jest bolesną stratą dla polskiej kinematografii i całej polskiej kultury. Zmarł bowiem stosunkowo młodo na straszną chorobę. Gdyby nie ona, mógłby jeszcze zagrać wiele znaczących ról.

Wspomnienie o Bobie Guccionem

penhouse

Zgodnie z zapowiedzią w ostatnim tekście organizacyjnym, niniejszym  chciałbym zainaugurować serię wpisów upamiętniających wielkich twórców i badaczy kultury zmarłych pomiędzy dniem pierwszym listopada MMIX, a trzydziestym pierwszym października MMX. Pierwszy wpis poświęcę osobistości mocno, jak na tak zakreślone ramy nietypowej, bardzo kontrowersyjnej, takiej, której opisanie przeze mnie niewątpliwie wzbudzi protesty, chociaż bez wątpienia niezbyt głośne, a to z tej przyczyny, że na głośne mam po prostu za małą czytalność.

 

Dwudziestego października zmarł w wieku lat 79 Bob Guccione,  założyciel i wydawca znanego magazynu erotycznego Penthouse. Zaliczenie twórcy pisma dla panów do grona wybitnych ludzi kultury może się wydawać posunięciem nader ryzykownym, ja jednakowoż jestem do tego kroku stuprocentowo przekonany. Motywację moją łatwiej będzie zrozumieć, gdy przytoczę (zresztą już nie po raz pierwszy w dziejach mojego blogowania) definicję kultury, którą swego czasu zasłyszałem od znajomej kulturoznawczyni, którą, korzystając z nadarzającej się okazji, niniejszym pozdrawiam: „kultura to system składający się w 90% z seksu i 10% z wierzeń. A jako, że ja na swoich blogach znacznie więcej miejsca poświęcam wierzeniom aniżeli seksowi,  wypada, abym raz na jakiś czas przynajmniej spróbował zrównoważyć proporcje.

 

Czasopisma erotyczne były  istotnym elementem popkultury XX wieku. Można się oburzać ich istnieniem, ale nie można ich ignorować. Każde całościowe badanie kultury, które by je pomijało, nie byłoby naprawdę całościowe. Rozpowszechnienie i trwałość zjawiska dowodzi rzeczywistego istnienia znaczących potrzeb społecznych, które te pisma zaspokajały. Faktem jest, że w ostatniej dekadzie pisma erotyczne, a w tej liczbie i Penthouse przeżywają głęboki kryzys, nie jest on jednak spowodowany ani aktywnością przeciwników obecności erotyki w kulturze, ani spadkiem zapotrzebowania na treści erotyczne, ale rozwojem konkurencji. Te same potrzeby, które były w ubiegłym stuleciu zaspokajane przez czasopisma erotyczne, obecnie są zaspokajane przez strony internetowe. Ma tu miejsce  typowa transformacja bytu kulturowego z gatunku transformacyj środka. Śmierć Boba Guccionego jest symbolicznym końcem epoki papierowej erotyki. Oczywiście drukowana prasa erotyczna nie zniknie całkowicie, a przynajmniej jeszcze nie teraz.  Tak jak portale informacyjne nie zabiły prasy codziennej tylko ją osłabiły i zmieniły jej funkcję, tak i pornostrony nie zabiją prasy erotycznej, ale ją osłabią (to właściwie już się stało) i zmienią jej funkcje (to właśnie teraz się dzieje). Po transformacji środka następuje zazwyczaj transformacja funkcji. Ale nowe funkcje prasy erotycznej to już temat na osobny tekst.

Park rekreacji w Rydułtowach

Park rekreacji Rydułtowy

Niewątpliwie istnieje duże zapotrzebowanie nie tylko na wielkie i rozbudowane parki atrakcyj, takie jak Leśny Park Niespodzianek w Ustroniu, omówiony w moim poprzednim wpisie, ale również na mniejsze, takie jak opisana przeze mnie swego czasu Tropikalna Wyspa w Marklowicach, będące w rzeczy samej rozbudowanymi placami zabaw.

 Park rekreacji Rydułtowy

Dzisiejszy wpis chciałbym poświęcić nowemu obiektowi tego rodzaju, a mianowicie Parkowi Rekreacji w Rydułtowach. W zasadzie najlepiej opisać ów nieukończony jeszcze, ale już czynny park, przez porównanie z Tropikakną Wyspą właśnie. Obydwa parki mają podobną powierzchnię i stylistykę.

 Park rekreacji Rydułtowy

Podstawowa różnica jest taka, że rydułtowski park zorientowany jest jednoznacznie na rekreację sportową, podczas gdy marklowicki pełni także funkcje kulturalne i artystyczne. Nie ma tedy w Rydułtowach amfiteatru, fontann i cieków wodnych. Jest za to o wiele więcej urządzeń zabawowych dla dzieci, w tym aż trzy piaskownice, kilka huśtawek i zjeżdżalń.

 Park rekreacji Rydułtowy

Również dla młodzieży i dorosłych jest tu atrakcyj niemało: wielofunkcyjny tor rolkarski, tor przeszkód dla rowerów BMX, pole do minigolfa, park linowy i dosyć ekstremalna zjeżdżalnia talerzykowa. Są też ławeczki w ciekawych altankach, dla potrzebujących odpoczynku, stoliki dla szachistów, będzie bar (identyczny jak w Marklowicach), którego budynek już stoi. Estetyki dodają kolorowe latarnie oraz liczne drzewa i krzewy. Te ostatnie są, podobnie jak w Marklowicach, profesjonalnie opisane, co ma niewątpliwy walor edukacyjny.

 Park rekreacji Rydułtowy

Rydułtowski park nie może narzekać na frekwencję. W sobotnie popołudnie, mimo chłodu, było tam mnóstwo ludzi, zwłaszcza zaś młodzieży. Byłoby wspaniale, gdyby w każdym mieście był taki park. Myślę, że byłby z nich większy pożytek, niż ze słynnych orlików.

Park rekreacji Rydułtowy

Leśny Park Niespodzianek

Ustroń

W ramach częstych rodzinnych wyjazdów w Beskidy, zahaczyliśmy ostatnio o Ustroń, żeby odwiedzić Leśny Park Niespodzianek. I chociaż bilety były drogie, bo zapłaciliśmy za naszą czwórkę 50 złotych (z czego mała wchodziła za darmo), to wszyscy zgodnie uznaliśmy, że warto było. Park ma tyle atrakcyj, że stosunek ceny do jakości należy uznać za niezwykle korzystny.

 ustroń

Atrakcje parku można podzielić na trzy grupy. Pierwszą i najważniejszą z nich jest mini zoo. Choć w zasadzie, biorąc pod uwagę, co zazwyczaj kryje się pod tą nazwą, to ustrońskie należałoby raczej określić jako midi zoo. Na dość dużym, lesistym i górzystym terenie rozlokowanych jest kilkadziesiąt, a nie wykluczam, że i ponad setka gatunków zwierząt, zasadniczo ptaków i ssaków, w większości przypadków przebywających w warunkach zbliżonych do naturalnych. Są tu zwierzęta rodzime i egzotyczne, wszystkie jednak pochodzą ze zbliżonych do naszych szerokości geograficznych, co czyni kolekcję spójną i łatwą w prowadzeniu. Dodatkowymi atrakcjami zoologicznymi są pokazy lotów ptaków drapieżnych i możliwość bezpośredniego kontaktu z tymi zwierzętami, których terytoria nie są ogrodzone.

 ustroń

Druga grupa atrakcyj parku ma charakter bajkowy. Jej osią jest bajkowa aleja składająca się z kilkunastu kiosków wyświetlających automatyczne minispektakle bajkowe za naciśnięciem elektrycznego guzika. Grupę tę uzupełnia odgrywany co pół godziny mechaniczny spektakl „Ptasie wesele” i gadający trol u wejścia do parku. Trzecią grupą są liczne, po większości wliczone w cenę biletu wstępu urządzenia zabawowe na sporym placu zabaw. Całość jest bardzo atrakcyjna, zwłaszcza dla dzieci.

 ustroń

Ma jednak ów park dwie może niewielkie, ale istotne i wymagające pilnego usunięcia wady. Pierwszą jest brak zaplecza gastronomicznego z prawdziwego zdarzenia. Maleńki bar z zapiekankami i pieczoną kiełbasą jest takowego zaledwie lichą namiastką. Tu są potrzebne dwie lub trzy porządne restauracje. Drugim problemem jest stanowczo za mały, jak na popularność parku, parking. Gdy wady te zostaną usunięte, Leśny Park Niespodzianek będzie jednym z dwóch, lub trzech najlepszych parków atrakcyj w południowej Polsce.

ustroń

Parkmania.pl

Odkąd znakomitą większość wolnego czasu spędzam w towarzystwie moich małych dzieci, odwiedzam wiele miejsc, które właśnie dla nich są szczególnie atrakcyjne, w tym rozmaite parki atrakcji na świeżym powietrzu, które ostatnimi czasy wyrastają jak grzyby po deszczu. A jak już jakieś miejsce odwiedzę, to zazwyczaj i opiszę, bo taki  już ze mnie grafoman, że piszę o wszystkim co wiem i czego nie wiem. Opisałem więc już Dinopark w Rybniku i to raz i drugi, sąsiadującą z nim Bajkową Krainę, Świat Miniatur w Inwałdzie, Leśny Gród w Milówce, Tropikalną Wyspę w  Marklowicach i Muzeum Wąskotorówek w Rudach. Zapewne jeszcze m tym roku opiszę Leśny Park Niespodzianek w Ustroniu, który odwiedziliśmy niedawno, a w dalszej przyszłości również następne, które dopiero odwiedzimy. Wielką pomocą przy wyborze miejsc do odwiedzenia są strony internetowe poszczególnych parków oraz serwisy tematyczne omawiające większą ich liczbę. Do takowych należy niedawno powstała strona Parkmania.pl. Jest to na pewno bardzo wartościowa inicjatywa, ale dla pełnej funkcjonalności wymaga ona jeszcze sporej rozbudowy. Obecnie na stronie omówionych jest kilkadziesiąt parków intensywnie się reklamujących w internecie, charakteryzujących się, w znakomitej większości przypadków wybitnie rozrywkowym, czysto komercyjnym spektrum działania. Brakuje natomiast wielu obiektów o charakterze edukacyjnym, czy artystycznym, takich jak ogrody zoologiczne, czy botaniczne, skanseny, parki techniczne, napowietrzne galerie sztuki i inne. Ukierunkowanie wyłącznie na płytkie formy rozrywki samo w sobie jest płytkie i nie zapewni serwisowi długotrwałego rozwoju. A szkoda by było, gdyby taka ciekawa inicjatywa upadła.

Gry społecznościowe dla dzieci

 

Kiedy opisywałem grę społecznościową Politika, nie przypuszczałem, że wkrótce będę miał do czynienia ze sporą liczbą tego typu gier. Okazało się jednak, że są one niezwykle popularne w sektorze internetowej rozrywki dla dzieci. W ciągu ostatniego roku rejestrowałem  mojego małego synka w kilkunastu różnych dziecięcych grach społecznościowych. Można je podzielić na abonamentowe i reklamowe. W tych pierwszych znaczna część funkcyj jest dostępna jedynie dla premiowych członków. Drugie są całkowicie darmowe, ale za to nasycone reklamami produktów lub usług oferowanych przez sponsora gry.

Pierwszą społecznościówką mojego synka była Webosaurs, w której gracz wciela się w postać dinozaura jednego z czterech gatunków do wyboru. Gra ma dość rozbudowany scenariusz i rozgrywa się w dosyć rozległym świecie. Składa się z wielu gierek, które należy przechodzić aby zarobić wirtualne monety, niezbędne do zakupu elementów odzieży, a właściwie zbroi i wyposażenia jaskini. Wadą gry jest to, że większość tych przedmiotów dostępna jest wyłącznie dla członków premiowych. Pewną niedogodnością jest też to, że niektóre zadania, na przykład wielopoziomowe łamigłówki są zbyt trudne dla kilkulatków. Rozmach gry jednak te niedogodności z okładem rekompensuje.

Z kolei McWorld to darmowa społecznościówka reklamowa sieci McDonald. Wiele atrakcyjnych dla dzieci i bardzo zróżnicowanych awatarów, a także dziesiątki różnorodnych gierek oraz setki gadżetów dostępnych dla wszystkich, to niewątpliwe atuty tej gry, którą uważam za jedną z najlepszych. Nie jestem jednak całkowicie pewien, czy przyznać jej palmę pierwieństwa, czy też raczej zachować ją dla dosyć nowej, ale intensywmie się rozwijającej gry Chimpoo. Oczywiście, jak każdy byt w fazie intensywnego wzrostu może ona jeszcze się rozwinąć w niewłaściwym kierunku, ale na razie wygląda to niezwykle obiecująco. Jest to gra abonamentowa, ale gros jej funkcyj jest ogólnodostępnych. Awatary nie są tak zróżnicowane jak w McWorld, wszystkie są szympansami, różniącymi się między sobą jedynie kolorem i strojem. Jest tu sporo gierek, w większości bardzo łatwych i wiele gadżetów, których zdobycie nie nastręcza wielkich trudności, gdyż primo jedynie bardzo nieznaczny ułamek z nich jest zastrzeżony dla członków premiowych, a secundo, monety potrzebne do ich zakupu zdobywa się w obfitości dzięki wspomnianym gierkom.

Pozostałe spośród poznanych przeze mnie w ostatnich miesiącach dziecięcych społecznościówek, nie dorównują wymienionej trójce. Migoland na przykład tylko w krótkim okresie próbnym jest dostępny bez płacenia abonamentu, Moshi Monsters i Secret Builders są zbyt skomplikowane dla przedszkolaka, a w disnejowskim Club Penguin praktycznie wszystkie gadżety są dostępne wyłącznie dla członków premiowych. Kilkanaście innych gier znam tylko pobieżnie, więc nie potrafię o nich zbyt wiele napisać. Prawie wszystkie dziecięce społecznościówki są projektami o zasięgu globalnym, zrealizowanymi w języku angielskim. Znam tylko jedną polskojęzyczną grę tego typu, przeznaczony dla dzieci i młodzieży w wieku szkolnym Jupik Team. Jest to bezpłatna gra reklamowa czeskiego koncernu spożywczego Kofola, znanego u nas przedewszystkiem z produkcji dziecięcego napoju Jupik. Dziwnym wydaje mi się fakt, że ten sektor branży rozrywkowej nie wzbudza zainteresowania polskich przedsiębiostw medialnych i rozrywkowych. Szkoda.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij