Rodzinny Park Atrakcji w Rybniku

 Rybnik

O rybnickim Dinoparku pisałem dwukrotnie w roku 2009, zaś o bajkowej Krainie bezpośrednio po jej otwarciu, czyli w roku następnym. Teraz jednak, gdy obydwa obiekty zmieniły lokalizację, przeniósłszy się do Kamienia i połączyły się w jedną całość pod nazwą „Rodzinny Park Atrakcji”, warto coś napisać o tym nowym tworze. Ze zmiany lokalizacji wypływają dwa podstawowe pożytki. Po pierwsze, zaniedbany od lat ośrodek w Kamieniu dzięki temu przynajmniej trochę ożyje. Po drugie dinopark i park bajek w takich mikroskopijnych postaciach, w jakich funkcjonowały nad zalewem, miały niewielkie szanse na rozwój, a i konieczność kupowania dwóch drogich biletów, aby zwiedzić obydwa obiekty, odstraszała wielu klientów. Ogólnie jest teraz nieco lepiej. Bilety nie są już tak koszmarnie drogie, w porównaniu do ilości zapewnianych za nie atrakcyj. 19 zł za dorosłego i 15 za dziecko, to już można przełknąć, zwłaszcza w porównaniu z 27 zł w ubiegłym roku. Co prawda dzieci miały w tej cenie dwa przejazdy karuzelą, za którą obecnie muszą płacić osobno, nie zmienia to jednak faktu, że ceny nawet dla nich minimalnie spadły, a dla dorosłych dość znacznie. Powinny jednak spaść jeszcze bardziej, bo obiektywnie rzecz biorąc park nadal jest bardzo drogi, droższy na przykład od znacznie odeń atrakcyjniejszego Leśnego Parku Niespodzianek w Ustroniu. Może jednak to ta stosunkowo mała, rzecz jasna w porównaniu z dwoma lub trzema najlepszymi parkami województwa, atrakcyjność RPA jest paradoksalnie jego siłą, gdyż pozwala na dalszy swobodny i dynamiczny rozwój. Ten zresztą już się rozpoczął. RPA to nie tylko park jurajski + kraina bajek, ale także boiska do minihokeja, wielkie plansze do szachów i chińczyka, minigolf, kręgle, dmuchane zabawki etc., a do tego dwa żywe zwierzęta, jako zaczątek mini zoo. Zmiany oceniam więc jednoznacznie pozytywnie. Raduje mnie również to, że obecnie punkt gastronomiczny i toalety znajdują się na terenie obiektu. Nadal jednak brakuje hotspotu, a w dzisiejszych czasach jest on niezbędny dla sprawnego funkcjonowania ośrodka. Dopóki go nie będzie, dopóty nie ma co liczyć na dużą frekwencję w dni robocze. Ponadto wielkim plusem jest to, że park ma znacznie większą powierzchnię niż obydwa obiekty razem wzięte i że jest to powierzchnia zadrzewiona. Park więc rozwija się w dobrym kierunku, oby się tylko w tym rozwoju nie zatrzymał. Cieszy również to, że i inne części ośrodka w Kamieniu wychodzą z niedawnej zapaści. Dzięki temu już w tym roku cały kompleks będzie cennym miejscem rekreacji dla rybniczan i mieszkańców miast okolicznych.

Więcej zdjęć

Odpust u św. Józefa w Rybniku AD MMXI

  Rybnik

Odpust w rybnickiej parafii Św. Józefa Robotnika zawsze, a przynajmniej od wielu lat był malutki w porównaniu z szumnymi jarmarkami odpustowymi organizowanymi w okolicznych wsiach i miasteczkach. Dokładniejszy opis jego typowego przebiegu zamieściłem na swoim blogu w ubiegłym roku, teraz więc skupię się na odpuście tegorocznym, którego przebieg daleki był od typowego. Jak już pisałem, jarmark w tej parafii zawsze jest niewielki, ale w tym roku był jeszcze dwakroć mniejszy, niż zazwyczaj.  Złożyły się na to, jak mniemam dwa czynniki. Po pierwsze, uroczystość odpustowa została w tym roku, z racji Oktawy Wielkanocnej i beatyfikacji Jana Pawła PP II, przeniesiona z pierwszego na trzeci maja. Zapewne część handlarzy odpustowych o zmianie nie wiedziała, wskutek czego na właściwy termin przybyć nie zdołała. Po drugie, pogoda trzeciego maja była tak fatalna, że niektórych sprzedawców skłoniła do rezygnacji z przyjazdu, innych zaś do wcześniejszego niż planowane opuszczenia imprezy. Zazwyczaj odpust trwa do zmierzchu, w tym zaś roku zwinął się już w godzinach wczesnopopołudniowych. To wszystko jednak nie byłoby warte opisywania, gdyby nie pewien dosyć istotny szczegół.  W zeszłorocznym wpisie dosyć dokładnie opisywałem asortyment produktów dostępnych zwykle na omawianym jarmarku, nie będę się więc powtarzał, skupię się zaś na tegorocznej odmienności. W tym roku na asortyment odpustowy składały się prawie wyłącznie zabawki i słodycze, a więc te towary, których odbiorcami są głównie dzieci. W porównaniu z innymi laty, praktycznie nieobecne były w tym roku stoiska z galanterią skórzaną, odzieżą, biżuterią, rzemiosłem artystycznym, sztuką użytkową, śmiesznymi gadżetami etc., etc., etc. W pojedynczych przypadkach artykuły te pojawiały się w charakterze asortymentu uzupełniającego na stoiskach z zabawkami. W pojedynczych przypadkach artykuły te pojawiały się w charakterze asortymentu uzupełniającego na stoiskach z zabawkami. Generalnie jednak oprócz zmiany ilościowej, polegającej na zmniejszeniu ich liczby i skróceniu czasu ekspozycji, mamy tu do czynienia również z jakościową, polegającą na drastycznym zawężeniu asortymentu. Ilościowa wyjaśnia się właściwie sama, jakościowa jednak wymaga pewnej refleksji. Przyczyny ograniczenia w warunkach fatalnej pogody asortymentu odpustowego do dziecięcego wydają się być dwie. Po pierwsze handlowcy najwyraźniej uznali, że zła pogoda w znacznie mniejszym stopniu zniechęci do odpustowych zakupów kierujące się emocjami dzieci, aniżeli racjonalnych dorosłych, toteż w handlu artykułami dziecięcych jest większa szansa na to, że zyski ze sprzedaży przewyższą trudy pracy w deszczu, aniżeli przy obrocie asortymentem „dorosłym”. Po drugie zaś plastikowe zabawki w plastikowych pudełkach są odporniejsze na zniszczenie przez deszcz, niż skórzane torebki i bawełniane koszulki.

Więcej zdjęć

Dzień dziecka MMXI w Rybniku

Kozie Górki – Dzień Dziecka AD MMXI przez svetomirus

 

Jak co roku, na przełomie maja i czerwca, w Rybniku odbyło się wiele imprez z okazji Dnia Dziecka. Jako ojciec dwójki małych dzieci, miałem okazję uczestniczyć w niektórych z nich. Serię zapoczątkowała „Akademia Odkrywców” w CH PLAZA RYBNIK w dniach 28-29 maja. Była to impreza o charakterze edukacyjnym, na którą składała się ekspozycja modeli doświadczeń fizycznych i seria posiadających ciekawostkowy charakter, zrozumiałych, przynajmniej po części  nawet dla przedszkolaków, wykładów z dziedziny fizyki. Impreza tego rodzaju najwyraźniej jest dla dzieci bardzo interesująca, skoro konkurencja w postaci kolorowanek i malowania twarzy na korytarzu Cinema City dwa piętra wyżej cieszyła się znacznie mniejszym powodzeniem.

 

Rybnickie Centrum Kultury również postawiło na imprezę edukacyjną. W dniach od 30 maja do 1 czerwca w gmachu Teatru Ziemi Rybnickiej odbywały się warsztaty dla dzieci, pierwszego dnia taneczne, drugiego teatralne, a trzeciego plastyczne. Każdy blok zajęć kończył się spektaklem teatralnym, w poniedziałek i wtorek amatorskim, a w środę profesjonalnym – taneczną wersją Kopciuszka. O tym przedstawieniu napiszę szerzej w osobnym wpisie. Od biedy za edukacyjną można uznać także imprezę Rycerze i Księżniczki, która odbyła się przed Galerią Śląską w piątek 3 czerwca. Odbyła się ona w scenerii stylizowanej na średniowieczną. Były popisy bractwa rycerskiego, prezentacje średniowiecznych rzemiosł, nawiązujące do średniowiecza minispektakle teatralne, z głośników zaś sączyła się w jakimś tam stopniu ze średniowieczem związana muzyka. Dobór tej ostatniej był jednak dosyć przypadkowy. Wśród prezentowanych utworów zdajdowały się bowiem między innymi kolędy. Najwyraźniej ten, kto muzykę dobierał, albo sam nie znał łaciny, albo liczył na to, że słuchacze jej nie znają. 

 

Tak, czy inaczej, powyższe trzy przykłady ukazują, że na imprezy edukacyjne panuje swego rodzaju moda. Natomiast czwartego czerwca w parku Kozie Górki odbyła się impreza innego rodzaju, a mianowicie tradycyjny festyn połączony z występami dziecięcych i młodzieżowych na scenie miejscowego amfiteatru. Wspominam o tym wydarzeniu przedewszystkiem dlatego, że w tym parku rzadko kiedy odbywają się jakiekolwiek imprezy muzyczne. A szkoda, bo to wielce klimatyczna miejscówka jest. Moim zdaniem powinny się tam odbywać festiwale niemasowej muzyki takiej jak folk, czy reggae.

 

Zobacz zdjęcia:

 

Akademia Odkrywców

Warsztaty w RCK

Kopciuszek

Rycerze i Księżniczki

Festyn na Kozich Górkach

Media religijne – Tele Radio Padre Pio

 TRPP

Jeśli w jakimś kraju mają istnieć dwie telewizje katolickie a ich istnienie ma się cechować jako taką trwałością, muszą się one znacząco od siebie nawzajem różnić. Jeśli bowiem będą do siebie podobne, będą musiały dzielić między siebie to samo grono widzów, które może nie być w stanie utrzymać dwóch stacyj. Zgodnie z tą zasadą Tele Radio Padre Pio różni się znacznie od Telepace. Nie jest, jak tamta, stacją publicystyczno-dokumentalistyczną, lecz raczej liturgiczno- hagiograficzną. Program tej telewizji kręci się wokół jej „tytułowego bohatera”, czy inaczej mówiąc patrona, czyli świętego Piusa z Pietrelciny, zwanego powszechnie, choć absolutnie błędnie, świętym Ojcem Pio. Msze Święte i inne nabożeństwa są transmitowane z jego sanktuarium w San Giovanni Rotondo, a większość pozostałych audycyj poświęcona jest jego życiu i nauczaniu. Tych ostatnich nie potrafię rzetelnie ocenić, z tego samego powodu, z którego nie potrafiłem się szerzej wypowiedzieć na temat publicystyki w Telepace, a mianowicie z racji całkowitej nieznajomości języka  włoskiego. Skupię się więc, jak zwykle na liturgii, bo po pierwsze, Liturgia Jest Najważniejsza, a po drugie, do oceny jakości liturgii po włosku nie jest w ogóle potrzebna znajomość języka włoskiego. Większość Mszy Świętych jest transmitowanych z koszmarnego nowego kościoła sanktuaryjnego, o którym głosi fama jakoby w istocie był on świątynią masońską, czy nawet satanistyczną. Czy jest szatański tego nie wiem, wiem natomiast, że jest bardzo brzydki i choćby z tego powodu kultowi katolickiemu służy źle. Pomijając już kwestie architektury, na które władze telewizji nie mają wpływu, celebracja jest pełna niedbałości i nadużyć, jak lisie futro pcheł. Zacznijmy od świec. W użyciu jest stojący obok ołtarza świecznik siedmioramienny, niemający jednak wiele wspólnego z żydowską menorą, bo płomienie świec nie są ułożone nie tylko w jednej linii, ale nawet w jednej płaszczyźnie. W przypadku Mszy celebrowanych przez biskupa, można by to uznać za poprawne, ale w innych przypadkach jest to rażące nadużycie. Inne niedoskonałości można raczej zaliczyć do niedbalstw, aniżeli do nadużyć, nie stają się jednak przez to mniej rażące. Czytania i modlitwa wiernych w wykonaniu krzykliwie odzianych świeckich płci obojga, czy niepodzielnie królująca dwójeczka, nie łamią wprost żadnych przepisów, ale niewątpliwie przybijają Mszom w TRPP stempel bylejakości. Całości dopełniają mało sakralne, nietradycyjne śpiewy. Niektóre Msze są transmitowane ze starego kościoła pod wezwaniem  . Te wyglądają nieco lepiej, z racji umieszczenia w bardziej sakralnej przestrzeni architektonicznej i mniejszego udziału pstrokatych laików w czynnościach liturgicznych. Jednak dwójka i tam króluje.

 

Oprócz kilku Mszy każdego dnia w programie stacji znajdują się Jutrznie, Nieszpory, Różańce, a niektórę dni także nabożeństwa okresowe, takie jak Droga Krzyżowa. Ta ostatnia była sprawowana dosyć pobożnie i tradycyjnie. Ksiądz odziany w piękną kapę chodził z wielkim, drewnianym krzyżem od stacji do stacji w towarzystwie dwóch ministrantów. Wyglądało to całkiem dobrze. Nie można tego powiedzieć o nabożeństwach z Liturgii Godzin przedstawionych w formie teledysków. Wygląda więc na to, że paraliturgia, jako przynależna do pobożności ludowej, z natury wolnozmiennej, trudniej się psuje niż liturgia.

 

Ogólnie Tele Radio Padre Pio nieco, ale tylko nieco lepiej niż Telepace wywiązuje się z zadań telewizji katolickiej. Takim wzorcom jak EWTN, czy K-TV stanowczo nie dorównuje.

Rocznica

 

Mija właśnie pięć lat od momentu, w którym zacząłem pisać swojego pierwszego bloga. Była nim „Kultura Okiem Svetomira„, wtedy nosząca tytuł „Okiem Svetomira”. W kolejnym roku założyłem kilka następnych blogów: „Rybnik w Obiektywie Komórki„, „Limeryki ze Śmietnika” (obecnie „TFUrczość Svetomira”) oraz „Politykę Okiem Svetomira„. Wszystkie one mieszczą się na blox.pl. Potem założyłem blogi na innych platformach, na które wklejam niektóre teksty z powyższych czterech. Jeszcze później założyłem kilka blogów wąskotematycznych, które uzupełniam dosyć nieregularnie. Wróćmy jednak do początków. Pierwsze trzy teksty zamieściłem w czerwcu 2006 roku, dwa o polityce edukacyjnej, jeden o religii, potem nastąpiła półroczna przerwa. Można wręcz powiedzieć, że zarzuciłem pomysł pisania bloga. Powróciłem doń, gdy nie miałem gdzie zamieścić  tekstu napisanego w obronie arcybiskupa Wielgusa. Od stycznia 2007 roku prowadzę ów blog regularnie. Z początku poświęcony polityce i kulturze, a od jesieni tegoż roku tylko kulturze. Chociaż teraz mam wiele blogów, ten pozostał głównym i pewnie jeszcze długo nim pozostanie.

Emo na placu zabaw

emo

 

Tropiąc różne zaskakujące napisy nie sposób nie zauważyć tych, które pojawiają się na urządzeniach zabawowych wypełniających place zabaw. Są to często teksty bardzo interesujące, a ich treść zazwyczaj mocno kontrastuje z podstawową funkcją tych miejsc. Place zabaw bowiem są przeznaczone przedewszystkiem dla dzieci i to zasadniczo w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, a znajdujące się na nich napisy ewidentnie nie mają dziecięcego charakteru. Można tu znaleźć teksty erotyczne, subkulturowe, kibicowskie, polityczne, a nawet światopoglądowe. Ich autorami na pewno nie są dzieci, ale raczej starsze nastolatki lub nawet młodzi dorośli. Napisy te wykazują spore pokrewieństwo z ekspresjami plastycznymi takimi jak graffiti i murale, a także napisami pokrywającymi ławki i ściany szatni szkół średnich i wyższych. Z moich obserwacji wynika, że bardzo często jednak napisy na urządzeniach placów zabaw okazują się trwalsze od umieszczonych na murach, ścianach i ławkach. Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że są zazwyczaj nieco zakamuflowane, co chroni je przed wzrokiem potencjalnych zmazywaczy. Najprostszym kamuflażem jest umieszczenie napisu w górnej części urządzenia, na przykład na szczycie zjeżdżalni. Tekst umiejscowiony w takiej lokalizacji będzie miał niezłą możność dotarcia do potencjalnych odbiorców, którymi są zasadniczo rówieśnicy jego autora, jednocześnie zaś nie będzie się narzucał osobom postronnym.

 

Napis, na którym chcę się dzisiaj skupić, przetrwał w ten sposób wyjątkowo długo. Zauważyłem go na wewnętrznej stronie daszku przykrywającego szczyt zjeżdżalni umiejscowionej na jednym z rybnickich placów zabaw ponad dwa lata temu, a ostatnio, przy okazji sporządzania dokumentacji fotograficznej upewniłem się, że nadal znajduje się on na swoim miejscu. Pewnie będzie tam tkwił, aż do rozebrania owej zjeżdżalni. Wzmiankowany napis wyjątkowo nie pasuje do placu zabaw, zdecydowanie bowiem nie jest odpowiedni dla dzieci, choć nie jest bynajmniej obsceniczny, ale za to raczej drastyczny. Brzmi on : „Kocham śmierć, bo tylko ona na mnie czeka”. Tekst ten jest cytatem, a dokładnie ostatnim wersem zaczerpniętym z anonimowego, a przynajmniej anonimowo krążącego po internecie, wiersza, czy raczej krótkiego poematu zatytułowanego „Ballada o narkomanie”.

 

Utwór ten, literacko nie najlepszy, w dosyć naiwny, ale przy tem przejmujący sposób porusza problemy życia, uzależnienia i śmierci. Opowiada o samobójstwie narkomana poprzedzonym jego obszernymi wyznaniami o zmarnowanym życiu składanymi przypadkowo napotkanej osobie. To właśnie ta osoba jest podmiotem lirycznym tego poematu, zaś tytułowy narkoman jest jego adresatem, utwór jest bowiem napisany w drugiej osobie liczby pojedynczej. Pojawia się najczęściej na blogach nastolatków i nastolatek w kilku, nieznacznie różniących się między sobą, wersjach. W takich samych miejscach pojawia się też sam ostatni werset, traktowany jako sentencja. Wydaje się, że tak cały utwór, jak i jego ostatni wers wpisują się doskonale w filozofię i estetykę subkultury emo, aktualnie popularnej wśród nastoletniej młodzieży. Nurt ten, który można by z powodzeniem określić jako neowerteryzm, wyraża się w depresyjnych nastrojach, epatowaniu bólem i cierpieniem, mrocznej poezji, czarnych strojach, ostrym makijażu, pochwalaniu samobójstw, samookaleczeniach. Te sentencja na zjeżdżalni to filozofia emo w pigułce. A wziąwszy pod uwagę doskonałe umiejscowienie tego napisu, może on być trwalszy od tej subkultury. Ta bowiem, będąc po części po prostu modą, na zbyt trwałą nie wygląda.

Media religijne – Telepace

  telepace

Pisałem już o telewizjach amerykańskiej, czeskiej i austriackiej, teraz w tej wędrówce na nieco umowne południe wypadałoby omówić włoskie. W tym kraju są co najmniej dwie stacje godne uwagi: Telepace i Teleradio Padre Pio. Dziś zajmę się tą pierwszą, a w następnym wpisie drugą. O stacji tej wspominałem już przy okazji pisania o czeskiej telewizji Noe, która emituje wiele programów wyprodukowanych przez swoją włoską odpowiedniczkę. Telepace to stacja o profilu przedewszystkiem społeczno-publicystycznym, w drugiej zaś kolejności liturgicznym.

 

Na temat ich publicystyki nie jestem w stanie wiele powiedzieć, albowiem nie znam języka włoskiego. Co do liturgii i paraliturgii, to Telepace transmituje Mszę Świętą i kilka wersyj Różańca Świętego. Msza Święta w Telepace jest transmitowana z własnej kaplicy telewizyjnej. Kaplica ta jest urządzona w nowoczesnym i dosyć prostym stylu, ale przy tem raczej gustownie. Nie ma tu starego ołtarza, a na nowym stoją dwie świece, zaś obok niego w miarę normalnie wyglądający krzyż. Za ołtarzem, w centralnym miejscu znajduje się tabernakulum, a po obydwu jego stronach wizerunki aniołów w pozie adoracji. Gdyby więc ołtarz dosunąć do ściany i umieścić na nim krzyż, byłaby to całkiem przyzwoita tradycyjna kaplica katolicka. Na bocznej ścianie wisi obraz Miłosierdzia Bożego, co stanowi kolejny dowód na to, że orędzie świętej Faustyny Kowalskiej jest najistotniejszym wkładem katolicyzmu polskiego do skarbca Kościoła Powszechnego. Myślę, że o wystroju kaplicy tyle wystarczy, więcej miejsca należy poświęcíć samej celebracji Mszy Świętej, która jest źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego, powinna być więc także źródłem i szczytem programu katolickiej telewizji. Niestety, Msza Święta w Telepace nie może być postawiona w jednym rzędzie z tymi w EWTN, K-TV, czy nawet Noe, jest bowiem sprawowana niedbale i pełna nadużyć liturgicznych. Króluje dwójeczka (II Modlitwa Eucharystyczna) akt pokutny bywa pomijany, a Credo Nicejsko-Konstantynopolitańskie zastępowane Składem Apostolskim. Przy ołtarzu brak ministrantów, a na kielichu brak welonu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo we Włoszech, podobnie, jak w Polsce, bezapelacyjnie dominuje bylejakość liturgiczna. Wynika to oczywiście z absolutnej dominacji katolicyzmu w społeczeństwie, a co za tem idzie, z braku konkurencji. Smutne to, ale prawdziwe. Nie byłbym jednak uczciwy, gdybym nie wymienił również i pozytywów Mszy w Telepace, bo są i takowe, choć nie ma ich wiele. Pierwszym jest to, że Kyrie Eleison jest często śpiewane po grecku, a drugim to, że oprócz dwójki są też w użyciu inne modlitwy eucharystyczne. Za trzeci można uznać omówiony już wyżej wystrój kaplicy. Co do Różańca, to jest on emitowany kilka razy dziennie w różnych wersjach językowych i w różnych formach. Z tych pierwszych, oprócz włoskiej, jest też obecna francuska i rumuńska, a z drugich, oprócz klasycznej, również tak zwany Różaniec Biblijny.

 

 

Jeśli chodzi o ogólną ocenę tej telewizji, to zależy ona przedewszystkiem od tego, jakie zadania stawia się mediom katolickim. Odnoszę wrażenie, że Telepace pragnie zająć się intelektualną formacją katolików prowadzoną za pomocą solidnej dokumentalistyki i publicystyki. Można stwierdzić, że z tak sformułowanego zadania wywiązuje się całkiem nieźle. Ja jednak od dawna stawiam i nadal podtrzymuję tezę, że podstawowym zadaniem mediów katolickich jest promocja wysokiej jakości liturgii, albowiem to lex orandi kształtuje lex credendi, a to z kolei lex vivendi. Z tego zaś zadania nie wywiązuje się wcale.

Konkurs na laurkę

  laurka

Na wstępie chciałbym, jak zwykle przeprosić, tym z Was, którzy nie życzą sobie moich listów. Następnie chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy głosowali na moją książkę w konkursie „Historia zebrana”. Tym razem było bardzo blisko sukcesu, ale niestety znów się nie udało. Mam też kolejną prośbę, związaną z kolejnym konkursem internetowym. Tym razem jednak to nie ja jestem jego uczestnikiem, a mój syn Pawełek. Jest to organizowany przez telewizję Minimini konkurs na laurkę dla mamy. Pracę Pawełka można zobaczyć i zagłosować na nią pod tym adresem: http://www.minimini.pl//kolorowanki/pokaz.php?1095Głosować można do końca maja. Będę bardzo wdzięczny za każdy głos.

Rio

rio 

Poprzednio omawiałem film zasadniczo lekki, ale w istocie solidnie nasycony ukrytymi sensami (Hop). Dziś przyszła pora na produkcję ogólnie nieco mniej lekką od popprzedniej, ale też znacząco od niej uboższą w owe sensy. Mam na myśl film Rio. Jest to historia o parze niezwykle rzadkich ptaków, ostatnich przedstawicieli swojego gatunku. Aby było ciekawiej, partnerzy są nawzajem swoimi absolutnymi przeciwieństwami. On jest stuprocentowo oswojony, nawet fruwać nie potrafi, chociaż do nielotów bynajmniej nie należy, ona zaś jest stuprocentowo dzika, toteż przebywanie w niewoli sprawia jej niesłychaną udrękę. Akcja dzieje się w Rio de Janeiro w czasie karnawału, toteż w filmie tym nie brakuje muzyki i tańca, tyle że, oczywiście animowanego. Co prawda wątpię, aby w epoce zalewu „Tańców z Gwiazdami” i innych temu podobnych produkcyj taniec animowany mógł kogokolwiek zainteresować, ale trudno oczekiwać, aby w filmie animowanym  znalazł się inny. Co prawda wątpię, aby w epoce zalewu „Tańców z Gwiazdami” i innych temu podobnych produkcyj taniec animowany mógł kogokolwiek zainteresować, ale trudno oczekiwać, aby w filmie animowanym  znalazł się inny. Jest też trochę pokazane miasto, w tym słynny posąg Chrystusa, któremu ostatnimi czasy wyrosła konkurencja w Świebodzinie. Napisałem wyżej, że w Rio jest niewiele podtekstów, znacznie mniej niż w Hop, nie oznacza to jednak bynajmniej, że nie ma ich wcale. Film ten przejawia wyraźny lewoskręt, chociaż nie tak skrajny jak niemieckie Safari, które omawiałem niedawno. Jednak i tu można znaleźć lewackie bajki o tym, że dzika przyroda jest anielsko dobra, a człowiek diabelsko zły i o tym, że przestępczość rodzi się z biedy, a nie z wewnętrznego nieuporządkowania. Propaganda lewacka nie jest jednak w tym filmie zbyt nachalna, toteż dobrze się go ogląda.

Hop

 

Często tak się zdarza, że omawiane przeze mnie filmy i inne dzieła układają mi się w swoiste pary przeciwieństw.  Na początku tego roku po filmie bardzo dobrym (Podróż „Wędrowca do świtu”) omawiałem zły i szkodliwy (Safari). Teraz zaś po smutnym i ponurym (Rango) omawiam wesoły i pogodny (Hop).

 

W popkulturze mamy do czynienia z ewidentną przewagą świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. Szczególnie wyraźnie widać to na polu filmu. Są dziesiątki, jeśli nie setki produkcyj bożonarodzeniowych, a te wielkanocne można na palcach policzyć. Ilość nie zawsze jednak przekłada się na jakość. Amerykański film fabularno-animowany Hop jest bodaj jedyną premierą wielkanocną w tym roku, ale za to premierą całkiem udaną, a o niewielu spośród filmów bożonarodzeniowych można to powiedzieć.

 

Omówienie tego filmu muszę zacząć właśnie od odwołania do kinematografii bożonarodzeniowej. Jak powszechnie wiadomo przeważająca jej część opiera się na czymś, co można by nazwać świeckim mitem Bożego Narodzenia, czy też raczej Gwiazdki, bo „świeckie Boże Narodzenie” to ewidentny oksymoron. Składają się na ów mit takie elementy jak: Święty Mikołaj, Biegun Północny, renifery, zabawki produkowane w mikołajowej fabryce. W wielu z tego rodzaju filmów Święty Mikołaj, a raczej po prostu Mikołaj, nie jest konkretną osobą, a czymś w rodzaju przechodniego urzędu. Wizja ta jest szczególnie rozbudowana w dziecięcym serialu „Pomocnik Świętego Mikołaja”. Koncepcja filmu Hop jest oparta na analogicznie skonstruowanym świeckim micie Wielkiej Nocy. Jest tu więc Wielkanocny Zając, prowadzący na Wyspie Wielkanocnej  fabrykę słodyczy, które w świąteczny poranek rozdaje dzieciom, podróżując latającym powozem zaprzężonym w kurczaki o imionach przypominających noszone przez renifery popkulturowego Mikołaja. Funkcja Zająca Wielkanocnego od setek lat przechodzi z ojca na syna. Przedstawiona w filmie Wielka Noc ma charakter czysto świecki. Nie pojawia się tu ani jedna bezpośrednia wzmianka mogąca sugerować, że święto to ma cokolwiek wspólnego z jakąkolwiek religią. Co zaś się tyczy pośrednich i zakamuflowanych odniesień do religijnego sensu świąt, to znalazłem takie jedno. Jest nim wzmianka, że w niektórych krajach, na przykład w Chinach, nie obchodzi się Wielkiej Nocy, wskutek czego Zając Wielkanocny nie jest tam mile widziany.

 

W filmie tym mamy do czynienia z wielkim bogactwem znaczeń, które nie ogranicza się do różnych aspektów mitu wielkanocnego.  Bardzo ciekawie jest tu ujęty temat rewolucji. Tak się składa, że w tym roku mieliśmy już okazję zobaczyć dziecięcy film poświęcony rewolucji, a mianowicie niemieckie Safari. O ile jednak tamta produkcja była niepohamowaną apoteozą rewolucji, o tyle Hop jest jej stanowczą krytyką. Przywódcą rewolucji jest tu przerośnięty kurczak, pozbawiony jakichkolwiek zasad moralnych, kierowany wyłącznie patologiczną żądzą władzy, posiadania i zemsty za urojone krzywdy. Mieni się być trybunem ludu, czyli ogółu kurczaków zatrudnionych w organizacji wielkanocnej, w istocie jednak głęboko tym ludem gardzi. Bardzo mocna jest scena, w której po akcie uzurpacji urzędu  Zająca Wielkanocnego staje się potworną hybrydą kurczaka i zająca. Jest to piękna alegoria losu wszystkich uzurpatorów. Mamy tu zresztą do czynienia z odwołaniem do kolejnego mitu, czy archetypu, znanego jako „z chłopa król”, a przez literaturę i kino przewałkowanego już wielokrotnie.

 

Opuśćmy jednak teren polityki, bo ta nie jest przecież najważniejsza w dziele przeznaczonym przedewszystkiem dla dzieci. Głównym bohaterem tej produkcji jest  Zet, zając- następca tronu, który chce zostać muzykiem (nawiasem mówiąc, to kolejny motyw mitologiczny – król porzucający swoje królestwo), nic więc dziwnego, że muzyka odgrywa w tym filmie niebagatelną rolę. Rozpiętość gatunkowa wykorzystanych utworów jest imponująca: od folkloru Oceanii, poprzez jazz i rock, aż po pogranicze klasyki. Mocne osadzenie tego filmu w muzyce nie dziwi tym bardziej dlatego, że jest on dziełem twórców dylogii Alvin i wiewiórki opowiadającej o śpiewających wiewiórkach, która również jest przesycona muzyką do tego stopnia, że od biedy można by ją uznać za musical. Hop jest zresztą do dwóch filmów o wiewiórkach podobny pod wieloma względami. Nie ma więc wątpliwości, że fani Alvina polubią także królika Zeta. Można zresztą oglądać ten film nie zgłębiając bogactwa jego znaczeń, po prostu jako udana komedię muzyczną i czerpać z takiego oglądania satysfakcję. To jednak, że te wszystkie znaczenia (i wiele innych, niewymienionych w niniejszym tekście) są w nim zawarte świadczy o postępującym dojrzewaniu artystycznym jego twórców. Filmy o wiewiórkach takiej głębi nie posiadały. Można mieć nadzieję, że ta grupa twórców wzbogaci jeszcze dorobek światowej kinematografii niejednym wielkim dziełem.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij