
„Sinobrody” Kurta Vonneguta to chyba najlepsza z książek, jakie przeczytałem w czasie minionych wakacji. Dziwię się, że nie przeczytałem tego wcześniej. Wszak autor należy do moich ulubionych, a w czasie studiów czytałem wszystkie jego książki, jakie wpadły mi w ręce. Widocznie tej akurat nie mieli w lokalnej bibliotece. Powieść przybiera formę autobiografii fikcyjnego malarza Rabo Karabekiana. Jest on Amerykaninem ormiańskiego pochodzenia. W książce roi się więc od ormiańskich akcentów. Do typowych dla Vonneguta rozważań o życiu, literaturze, wojnie i ludobójstiwie, dochodzą tematy sztuki i Ormian. Ciekawostką jest dla mnie wzmianka o świętym Mesrobie. „Sinobrody” jest drugą książką, w której taką wzmiankę znalazłem. Pierwszą jest zbiór miniesejów Paula Coelho. To pewien paradoks, że owego ojca literatury ormiańskiej wspominają pisarze znajdujący się na przeciwległych biegunach współczesnej literatury. W zasadzie nie wiem, dlaczego akurat ta książka Vonneguta tak mi się spodobała. Ogólne wrażenie mam bardzo pozytywne, ale nie potrafię podać żadnych szczegółów. Co ciekawe, podobnie mam z twórczością innego, tym razem już rzeczywistego Amerykanina ormiańskiego pochodzenia. Alan Hovhaness należy do moich ulubionych kompozytorów. Jego muzyka mnie zachwyca, a sam nie wiem, czemu. Choć może w „Sinobrodym” kluczowe znaczenie dla wzbudzenia mojego zachwytu miał vonnegutowski styl umieszczania w powieści wstawek eseistycznych. Otóż u tego autora wstawki te są znacznie krótsze niż u innych pisarzy. Na to, na co oni potrzebują dwóch stron jemu wystarczają dwa zdania. A w tej książce wzniósł się pod tym względem na wyżyny.