Karierę muzyczną Mai Sikorowskiej z rozmaitym natężeniem śledzę od lat kilku, przy czem od mniej więcej roku daję temu wyraz w postaci recenzyj publikowanych na moich blogach. Zachwycałem się więc nagraną z ojcem, liderem zespołu „Pod Budą” płytą „Kraków-Saloniki” i okazywałem dystans wobec treści wyrażanych na „Sprawie rodzinnej”, drugim regularnym krążku tegoż duetu. Ich płyty kolędowej dotąd nie omawiałem, ale na wszystko przyjdzie czas. Dzisiaj przyszedł czas na najnowszy krążek wokalistki zatytułowany Avra, a nagrany tym razem nie z ojcem, a z najsłynniejszym polskim zespołem klezmerskim „Kroke”. Płyta ta jest znacznie się różni od poprzednich nie tylko pod względem obsady, ale także stylu. O ile na pierwszych dwóch krążkach grecki folk stanowił raczej uzupełnienie dla typowego dla zespołu „Pod Budą” stylu będącego hybrydą amfolku i bluegrassu, o tyle na „Avrze” to on dominuje, obficie podlany typowym dla „Kroke” sosem klezmersko-bałkańskim.
Ale „Avra” to nie tylko folk. Wszystkie piosenki na tej płycie są po grecku, ale nie wszystkie są ludowego pochodzenia. Obok melodyj tradycyjnych pojawiają się tu współczesne przeboje muzyki pop. Wszystko zaś zaśpiewane przepięknym głosem Mai Sikorowskiej i ubrane w doskonałe, porywające aranżacje zespołu Kroke. Takiej płyty dawno u nas nie było, a może nawet nigdy u nas nie było. Płyty całe po grecku nagrywała bowiem co prawda swego czasu Eleni, ale były to inne czasy i inne płyty. Obecnie płyta z muzyką grecką, zarówno ludową, jak i popową, ma szansę odegrać wieloraką rolę w polskiej popkulturze. Ważne miejsce na płytowych półkach miłośników folku z jednej strony, a muzyki literackiej z drugiej jest oczywiste. „Avra” otworzy też Sikorowskiej drzwi do kariery na zachodzie, a zwłaszcza w Niemczech, gdzie Kroke jest od dawna zespołem bardzo znanym, zwłaszcza w kręgach fanów muzyki klezmerskiej i bałkańskiej. Jednak na tym znaczenie tej płyty się nie kończy.
Może ona bowiem odegrać niebagatelną rolę w tworzeniu się nowego gatunku muzycznego w Polsce. Mam na myśli polski turbofolk, który mógłby i moim zdaniem powinien się ukształtować na bazie disco polo jako jego ambitniejsza i ściślej z ludowymi tradycjami powiązana odmiana. W ubiegłym roku napisałem pozytywną recenzję płyty Moniki Brodki „Granda”, którą uznałem za krążek inauguracyjny tego gatunku. Jak jednak pisałem w artykule o bułgarskim popfolku i w wielu innych miejscach, poszczególne gatunki muzyki etnicznej najlepiej rozwijają się w tych krajach, w których dobrze rozwinięte są inne gatunki etniczne. Popfolk powaga w rozwoju ambitniejszemu folkowi, ale i sam nie może dobrze funkcjonować bez oparcia w tamtym. Dlatego też „Avra”, choć jest zdecydowanie za ambitna na płytę popfolkową, może się doskonale sprawdzić w roli łącznika pomiędzy popularnymi a niszowymi formami muzyki etnicznej.