
Niedawno pisałem tu o serialu „Paradoks”. Przygotowując się do napisania tego tekstu szukałem na internetowych forach dyskusyjnych opinij na ten temat. W paru miejscach natknąłem się na opinie przyrównujące „Paradoks” do starszego o kilka lat „Impulsu” w reżyserii Patryka Vegi. Pewne podobieństwa między tymi serialami oczywiście są, chociażby z tego powodu, że obydwa przynależą do tego samego gatunku. Podobne są wątki kryminalne zamykające się w poszczególnych odcinkach. Podobne, ale jednak różne. Te w „Paradoksie” ocierają się prawie zawsze o fundamentalne zagadnienia ludzkiej egzystencji, zaś te w „Instynkcie” to klasyczne zagadki kryminalne, poważniejsze co prawda niż u Ojca Mateusza, ale pozbawione jakiejkolwiek głębi. Podobne jest też to, że z tymi wątkami partykularnymi przeplata się główny wątek kryminalny, rozciągnięty na cały serial. Tu jednak pojawia się też zasadnicza różnica między tymi dwiema produkcjami. Wątek główny „Paradoksu” jest spójny, klarownie prowadzony i jasno rozwiązany. W „Instynkcie” jest wydumany, naciągany, niespójny, rwany i de facto nierozwiązany. Wynika z tego jednoznacznie, że „Instynkt” jest serialem kryminalnym znacznie słabszym od „Paradoksu”, choć i znacznie lepszym od „Ojca Mateusza”. Jest też jednak w „Instynkcie” coś wartego zapamiętania. Chodzi mi o drobny szczegół, podobny nieco do tego, który niegdyś omawiałem pisząc o „Prawie Agaty”. W dwóch odcinkach występuje sytuacja, w której ktoś, popełniając relatywnie niewielkie zło, wywołuje sekwencję wydarzeń skutkującą wielką tragedią. Raz dzieciaki ustawiają przy drodze manekina, co w konsekwencji doprowadza do morderstwa, a kiedy indziej dziewczyna podstępem podaje psychotropy koleżankom z pracy, by pogorszyć ich wyniki, a w konsekwencji jedna osoba ginie, a kilka innych ma zrujnowane życie. Warto się nad tym zastanowić.