Poprzednio omawiałem film zasadniczo lekki, ale w istocie solidnie nasycony ukrytymi sensami (Hop). Dziś przyszła pora na produkcję ogólnie nieco mniej lekką od popprzedniej, ale też znacząco od niej uboższą w owe sensy. Mam na myśl film Rio. Jest to historia o parze niezwykle rzadkich ptaków, ostatnich przedstawicieli swojego gatunku. Aby było ciekawiej, partnerzy są nawzajem swoimi absolutnymi przeciwieństwami. On jest stuprocentowo oswojony, nawet fruwać nie potrafi, chociaż do nielotów bynajmniej nie należy, ona zaś jest stuprocentowo dzika, toteż przebywanie w niewoli sprawia jej niesłychaną udrękę. Akcja dzieje się w Rio de Janeiro w czasie karnawału, toteż w filmie tym nie brakuje muzyki i tańca, tyle że, oczywiście animowanego. Co prawda wątpię, aby w epoce zalewu „Tańców z Gwiazdami” i innych temu podobnych produkcyj taniec animowany mógł kogokolwiek zainteresować, ale trudno oczekiwać, aby w filmie animowanym znalazł się inny. Co prawda wątpię, aby w epoce zalewu „Tańców z Gwiazdami” i innych temu podobnych produkcyj taniec animowany mógł kogokolwiek zainteresować, ale trudno oczekiwać, aby w filmie animowanym znalazł się inny. Jest też trochę pokazane miasto, w tym słynny posąg Chrystusa, któremu ostatnimi czasy wyrosła konkurencja w Świebodzinie. Napisałem wyżej, że w Rio jest niewiele podtekstów, znacznie mniej niż w Hop, nie oznacza to jednak bynajmniej, że nie ma ich wcale. Film ten przejawia wyraźny lewoskręt, chociaż nie tak skrajny jak niemieckie Safari, które omawiałem niedawno. Jednak i tu można znaleźć lewackie bajki o tym, że dzika przyroda jest anielsko dobra, a człowiek diabelsko zły i o tym, że przestępczość rodzi się z biedy, a nie z wewnętrznego nieuporządkowania. Propaganda lewacka nie jest jednak w tym filmie zbyt nachalna, toteż dobrze się go ogląda.